Tajwan

Na świecie szaleje koronawirus, my wylatujemy na coroczne wakacje, te z kategorii „zwiedzanie”. Co gorsza kierunek z listy tych które Polskie Ministerstwo Zdrowia odradza: Tajwan – Japonia. Wyprawę planowaliśmy wówczas, jak sami Chińczycy jeszcze nie mieli świadomości o nowym „nowym towarzyszu życia”. W mediach i sklepach na całym świecie panika. Cena maseczki jednorazowej poszybowała kilkakrotnie…Żeli antybakteryjnych do rąk brak nawet w Polsce gdzie na dzień wyjazdu koronowirusa nie stwierdzono. Japoński minister edukacji rozważa zamkniecie wszystkich szkół w Japonii. Choć wisus w kraju kwitnącej wiśni nie rozwija się w tak kosmicznym tempie jak miało to miejsce w Chinach, w Korei czy we Włoszech, a może po prostu dostęp do badań był tam większy i statystki robią swoje….Trochę nie chce mi się wierzyć, że wirus który jest tak łatwo rozpowszechniający się w innych krajach w drugich jest tak wstrzemięźliwy…Może to porostu polityka i kalkulacja… No ale to pozostanie tajemnicą poliszynela… Wirus wirusem, życie życiem… ruszamy w nieznane…

Gdzieś w chmurach….
Za udaną podróż…

Wylądowaliśmy po południu czasu lokalnego. Odprawa przebiegła sprawnie. Byliśmy pod wrażeniem kilku etapowej kontroli związanej z panującym obecnie wirusem. Mierzenie temperatury, pytania czy byliśmy w którymś z krajów objętych epidemiom, płyny odkażające do rąk dostępne na każdym rogu… Trzeba przyznać, że poziom dbania o higienę jest tu na wysokim poziomie, bynajmniej na lotnisku.

Lotnisko

Moje pierwsze wrażenie Tajwan jest dla mnie mieszanką innych regionów Azji. Ma coś z Singapurskiej dyscypliny, chociażby przy wejściu do metra, czy autobusu są narysowane pasy jak ma ustawiać się kolejka i tak się faktycznie dzieje. Taiwan chyba pretenduje do „miasta zakazów” obecnie jest m.in. kara za ukrywanie koronowirusa w wysokości 10 000 $. Nie brakuje również akcentów wietnamskiego chaosu, w postaci wszechobecnych skuterów, aczkolwiek jest ich zdecydowanie mnie i nie pełnią tu roli transportowego vana.

Ulice Tajpej

Podobnie jak w Wietnamie jest i kuchnia na ulicy wraz ze zmywakiem i całym „kolorowym jarmarkiem”, aczkolwiek widocznie wypierana cywilizacją w postaci sieciówek pełniacych rolę jadłodajni, zlokalizowanych głównie w centrach handlowych. Są bardzo sterylne (umywalki gdzie można umyć ręce, płyny dezynfekujące na wejściu) ładnie zrobione i dość drogie w porównaniu do jedzenia „na ulicy czy nocnych marketach”. Samo jedzenie w odróżnieniu do Wietnamu jest zauważalnie pozbawione dużej ilości przypraw i warzyw, są ale to nie jest nawet 1/3 tego co wykorzystywane jest w Wietnamie. Nie brakuje tu również japońskich akcentów, w postaci zamiłowania do kreskówek, gier, fliperów i szeroko pojętego hazardu. Postaci z tychże kreskówek, bajek i gier są elementem przewodnim ubioru, toreb, dodatków, wnętrz i ogólnie są wszechobecne w niemal każdej reklamie licznie otaczającej miejsca publiczne.

W Taipej widoczna jest mocno rozwinięta technologi, jak to ma miejsce w Chinach czy Japonii. Internet jest powszechny i mocno wykorzystywany. W metrze podobnie jak w Polsce każdy wpatrzony jest w telefon, tyle że tu są to niemal same iPhone.

Taiwan jako wyspa jest mocno zielony, nawet w samej stolicy, wszelkie budynki są przeplatane licznymi drzewami, co dobrze widać oglądając panoramę miasta, ale i jeżdżąc autobusem ma się poczucie wszechobecnej zieleni. Występuje również wiśnia, tak popularna w Japonii, a święto kwitnącej wiśni jest wykorzystywane w handlu. Firmy spożywcze, czy kosmetyczne prześcigają się w seriach produktów wypuszczanych na tą okazje.

Okinawa poza sezonem turystycznym

Samolot z Tajwanu na Okinawę prawie pusty, pierwszy raz w życiu lecę tak „wyludnionym” samolotem, że to się w ogóle opłaca…, koronawirus robi swoje…

Koronowirus robi swoje…pusty samolot…

Na tablica wylotów na lotnisku świeci na czerwono, 80% lotów odwołanych. Wydaje się, że mieliśmy szczęście – nasz lot się odbył. Odprawa sprawnie, kilka „kontroli wirusowych” i standardowe procedury. Mąż jak to Mąż roztargniony zostawił mój komputer na hali odbioru bagaży wypełniając kolejny z wymaganych dokumentów. Na szczęście w porę się zorientowaliśmy… Komputer odzyskany, czas w drogę… Przed nami 2,5 godz wzdłuż wyspy. Pierwsze moje wrażenie: „zaskoczenie” spodziewałam się „japońskich Hawaii” tymczasem widzę betonową prostokątną architekturę, zero finezji. Dopiero jak dojechaliśmy do hotelu zrozumiałam, że piękno Okinawy polega na jej położeniu, a nie na architekturze. Ocean boski ! Woda kryształ, bogata rafa wszak to raj dla amatorów nurkowania. Jesteśmy na Okinawie poza sezonem, wiec wyspa jest „opustoszała” puste plaże, większość lokali zamkniętych… Cisza spokój i slow… To też domena tutejszych mieszkańców „mamy czas, nigdzie się nie spieszymy”… I nawet hawajskie koszule cieszą się tu powodzeniem…Wyczytałam gdzieś w Internecie, że na Okinawę przyjeżdzają przepracowani i zestresowani pracownicy tokijskich korporacji, aby odciąć się od dotychczasowego pospiesznego życia, być bliżej siebie i natury zbudować „swój nowy dom”, Czyli takie „nasze Bieszczady” tyle, że tu ocean… Mieszkańcy Okinawy nieco odcinają się od Japończyków. Uważają, że mają swoj styl życia, swoje tempo (a w zasadzie jego brak) muzykę i kulturę. Symbolem miasta jest smok w wszelkich osłonach, że komo strzeże ich przed tajfunami.

„Smok – Anioł stróż…”
Puste plaże…
Tylko szum morza…
Można godzinami siedzieć i patrzeć na Ocean…

Tu nikt nigdy nigdzie się nie spieszy…To nie Tokio… Życie płynie własnym nurtem i to jest boskie ! Roślinność mocno tropikalna.

Busz do którego raczej nikt nie odważy się wejść…
Mało kolorowy, ale oryginalny…
Kwiaty Okinawy…

Ponoć dużo jadowitych węży (na szczęście nie mieliśmy okazji spotkać) są tutejszym utrapieniem, ale i materiałem konsumpcyjnym, z którego tworzy się rożnego rodzaju wyroby np. buty. Cała wyspa żyje głównie z turystyki, uprawy ananasów i trzciny cukrowej (ulubione schronienie dla jadowitych węży).

Trzcina cukrowa…

Jeśli ktoś chce skorzystać z „japońskich Hawaii” w kontekście sportów wodnych, czy też „typowego plażowania” to najlepiej wybrać miesiące wakacyjne. Można też oczywiście tak jak mój Mąż iść poć prąd i spełnić swoje marzenie kąpiąc się w zimnych obięciach marcowego oceanu, no ale to trzeba być szalonym Obywatelem Świata czychającym na okazje…. Poza sezonem cisza spokój i ograniczona liczna atrakcji. Nawet największe w Japonii (a drugie co do wielkości w świecie oceanarium, dla którego tu tak naprawę przyjechaliśmy bo to marzenie mojego Męża – zamknięte z powodu z koronawirusa. Okinawę najszybciej zwiedzić można wynajętym samochodem (ruch lewostronny). Chcąc to zrobić autobusem potrzebne jest sporo wolnego czasu bo biegnie on tu swoim rytmem i cała komunikacja się mocno w to tempo wpisuje. Ponieważ to mój pierwszy kontakt z Japonią to wiele rzeczy jest tu dla mnie zaskakujących, innych niż w Europie: zaczynajac od śniadania gdzie wszystko jest małych miseczkach owiniętych w folię śniadaniową, owinięty jest tez każdy nóż, widelec… Porcje są malutkie, ale różnorodne, smaki często obce i nie wszystkie moje, choć zdecydowana większość bardzo mi smakuje. W sklepach jest bardzo duży wybór ryb i sushi wyglądających tak, że topowa suszarnia w Polsce by się nie powstydziła.

Sushi w markecie

Na Okinawie nikt się nie spieszy, nawet kierowcy autobusów. Bilet pokazuje się wsiadając do autobusu i wysiadając. Jeśli nie mamy biletu i płacimy gotówką za przejazd to robimy to wysiadając. Z miejsc siedzących wstajemy dopiero wówczas kiedy kierowca się zatrzyma, w przeciwnym razie zwróci nam uwagę. Podobnie jak na Tajwanie w wszędzie są miejsca uprzywilejowane dla kobiet w ciąży, niepełnosprawnych i osób starszych. Kierowcy autobusów noszą stroje przypominające nieco polskiego marynarza – biała czapka z granatowym daszkiem, biała koszula i granatowe dodatki. W czasach wirusa większość z nich nosi również białe rękawiczki i maseczki. Na ulicach dużo samochodów rodzimej marki Toyota i wiele model, których nigdzie w Europie nie widziałam. Dużo modeli przypominających „mini ciężarówki”

Tego typu…

Nam udało się zobaczyć jedynie klify i Murasaki Mura – miejsce smoków, lampionów, zrobione w stylu skansenu choć mało w nim informacji o tym jak niegdyś żyli mieszkańcy Okinawy, atrakcji głównie dla dzieci (liczne warsztaty) warto je odwozić po zmierzchu kiedy wszystkie lampiony dodają uroki swoim blaskiem…

Klif
Klifów c.d.

Murasaki Mura

Smoki to symbol Okinawy

Poniżej mapa wyspy z zaznaczonymi atrakcjami… Dla nas największą atrakcją był nasz balkon z widokiem na ocean i szum oceanu… Cisza… Daleko od zgiełku miasta i blisko siebie….

Mapka połączeń i atrakcji Okinawy…

Zanzibar

1 listopada… w Polsce dzień zadumy…Zawsze myślami jestem z Tymi co odeszli… Dziś refleksja miesza się z radością wyjazdu…Zanzibar. Miejsce wymarzone na posezonowy wypoczynek… Standardowo zaczynamy od saloniku, potem cała noc w samolocie i około 5 nad ranem czasu lokalnego lądujemy na Zanzibarze. Bucha na nas ciepłe i wilgotne powietrze… Lotnisko małe, lokale jak na wyspę przystało. Przy wejściu łapie nas miejscowy „prioryti pass” ? „Yes”.. i tak trafiamy do kolonialnego pokoiku, napoje gratis, szereg dokumentów, niespieszne tępo i wiza za 50 $. Potem już tylko lokalsi żerujący na każdego dolara za walizki, autobus, godzina drogi po wyboistych drogach Zanzibaru i hotel… Pusty po sezonie, z trochę pogubionym personelem ze względu na zmianę właściciela (od lipca to RIU) Po dokonaniu formalności lądujemy w pokoju z widokiem na ocean… Bosko… dokoła zieleń przecudna… i kwiaty we wszystkich możliwych kolorach… Czujemy się jak w raju…

Pierwszy dzień spędzamy na plaży, zmęczenie robi swoje ale się nie podajemy… szkoda nam dnia na nadrobienie snu…Książka, plaża, ocean i relax… Moja literatura pasjonująca „Mistrz” poświęcona Młynarskiemu, niezwykła osobowość…trudna a zarazem niepozwalającą przejść obojętnie obok talentu… Jego polonistka ze szkoły średniej była ponoć oburzona, że tylko pisał piosenki, dla niej miał być drugim Mickiewiczem…dla mnie jest… tyle że w innej dziedzinie… Dzień na plaży płynie leniwie…Jedni się opalają, inni zażywają kąpieli w słonych wodach Oceanu Indyjskiego, tudzież w basenie równie słonym… Przy barze leją się drinki…Animatorzy szukają chętnych to na areobik, piłkę plażową czy też inne formy aktywności… I tak bez większych trosk toczy się życie aż do zachodu słońca…

Kolacja…Miejsce niezwykłe, restauracja na oceanie, chatka bungalowa, kuchnia boska… połączenie kuchni afrykańskiej (owoce morza) z wietnamskim akcentem (sporo kolendry) porcje małe ale treściwe, wyszliśmy syci ponad miarę… Wszak dieta przed wyjazdem zrobiła swoje i brzuszki chwilowo skurczone…

Trzeciego dnia jedziemy na wycieczkę. Poranek trudny, bo wieczór spędziliśmy we włoskiej restauracji w gronie nowo poznanych znajomych i nieco za dużej ilości wina. Rano przyjeżdża po nas kierowca i zbiera nas z hotelu. Po drodze zabieramy polskiego przewodnika, młody chłopak, dużo i ciekawie opowiada. Mieszka na Zanzibarze od trzech lat i przedstawia nam wyspę z perspektywy Polaka, masa historii o lokalnej społeczności, mentalności, różnicach, zwyczajach, wierzeniach…. To wciąż bardzo biedna i słabo rozwinięta wyspa. Walka o przetrwanie nie pozwala im docenić i szanować tego co mają, mnóstwo śmieci, brak poszanowania do przyrody i dobrodziejstw oceanu. Leniwa mentalność, a zarazem potrzeba posiadania prowadzi ich do kombinowania, lawirują wszędzie tam gdzie jest to możliwe… „co zrobić aby się nie narobić a zarobić” zabawnych anegdot opowiadanych przez przewodnika nie brakuje… Pierwszym punktem programu był Jozani Forest las który jest domem do endemicznych gatunków małp, występujących tylko na Zanzibarze, takich jak gerez czerwony. Można podejść do nich naprawdę blisko, oczywiście ostrożnie. Częsty widok to matka z malutkim małpiątkiem, wczepionym w jej podbrzusze i bacznie obserwującym otoczenie… Żywią się owocami eukaliptusa i bywają psotne, potrafią coś ukraść i nie tylko… Czasem może na nas coś „kapnąć” z góry gasząc nieco ciekawość 🙂

Kolejnym punktem programu była szkoła. Prowizoryczny budynek bez okien i drzwi. Dzieci często boso, bywa że ubranie jest za małe, za duże lub stare i zniszczone. Bieda z którą trudno się pogodzi… Firma z którą byliśmy na wycieczce prosi aby przy okazji odwiedzin jeśli to możliwe coś ze sobą zabrać typu, zeszyty, długopisy itp. i rozdać przy okazji wizyty. Radość dzieci jest ogromna, trudno powstrzymać wzruszenie… Dzieci nie mają książek, pani pisze wszystko na tablicy. Nauczyciel ma prawo uderzyć dziecko, co jest akceptowane przez lokalną społeczność, ale nauczyciele są świadomi tego, że wśród turystów budzi to oburzenie i na szczęście nie mieliśmy okazji tego doświadczyć. Obraz dzieci z zanzibarskiej szkoły niewątpliwie na długo pozostaje w mojej pamięci… Smutne oczy i radosny uśmiech… Skrajność Zanzibaru…Rajskie widoki i skrajna bieda…

Po szkole pojechaliśmy do lasów namorzynowy, bujna roślinność potrafiąca rosnąć dzięki słonej morskiej wodzie. Lokalna społeczność dba o ten las (co nie jest takie oczywiste na Zanzibarze) bo wierzy, że chroni ich przed tsunami. Owoce tych drzew to długie patyki, które jeśli spadną w dół i wbiją się w glebę, wyrasta kolejne drzewo i tak w naturalny sposób las namorzynowy dba o swoje przetrwanie…

Po lasach namorzynowych czas na chwilę wytchnienia na urokliwej plaży Paje… Tu chwila relaksu przy kawce czy soczku… Można było skorzystać z słonecznej lub oceanicznej kąpieli, ale takowe atrakcje mamy w hotelu (nasza plaża jest wyjątkowo urokliwa co nie jest takie oczywiste na Zanzibarze) i wybraliśmy chwilę relaksu na hamaku wpatrując się w uroki plaży i życie lokalnych mieszkańców… Na zanzibarskich plażach dużo jest smukłych Masajów w lokalnych strojach, spacerujących w towarzystwie turystów i opowiadających o Zanzibarze. To ich forma zarobku. Poza tym jak na plaże przystało kwitnie tu handel, głównie są to panie sprzedający lokalne pareo, czy inne atrakcje pozwalające chronić ciało od słońca. Nie brakuje też beachboysów nagabujących na lokalne rejsy… Czasem bywa nachalnie, czasem wystarczy „thank you”

Ostatnim punkiem była kultowa restauracja na oceanie The Rock miejsce prowadzone przez Włochów. W trakcie odpływów można przejść do niej po kamieniach i workach z piaskiem, kiedy jest przypływ trzeba podpłynąć łódką lub próbować po wodzie… Miejsce klimatyczne, jedzenie całkiem dobre, aczkolwiek drogie, płaci się tu przede wszystkim za miejsce… Lokal się ceni nie tylko pod względem potraw ale i czasu. Wystarczy się kilka minut spóźnić na umówioną godzinę i rezerwacja przepada. Zabierają w to miejsce klientów którzy przyjechali zobaczyć słyną na cały świat restauracje, a rezerwacji nie poczynili. Jak na gastronomię to dość nietypowe zjawisko w którym to lokal a nie klient dyktuje warunki. Pewnie nie jeden restaurator chciałby mieć taki problem…

Przed lokalem bawią się dzieci, próbując co nóż sprzedać muszkę odwiedzającym restauracje klientom. Są oczywiście świadome tego że wywiezienie zdobyczy oceanu jest karalne, ale bazują na nieświadomości… z czegoś trzeba żyć. Niestety wzorce przekazywane tu dzieciom przez dorosłych nie są najlepsze, od małego uczy się ich kombinowania i lenistwa, co może robić małe dziecko jak dorośnie kiedy rodzice zamiast pracować przesiadują pod domem, licząc że „coś im z nieba spadnie”… „Akuna Matata” „No stres” to domena tutejszego społeczeństwa. Można pomyśleć „zdrowo” bo po co nam to wszystko… Niestety lenistwo przybiera tu skrajne formy, jak w krajach rozwiniętych pracoholizm, tymczasem równowaga i szczęście jest gdzieś pośrodku…

Po drodze zatrzymujemy się w dwóch miejscach. Pierwsze to manufaktura lokalnych kosmetyków z alg morskich. Miejsce stworzone przez młodą białą dziewczynę, zaczyna zdobywać swoją popularność, ma za sobą nagrania do Discavery co niewątpliwie dało jej furtkę na świat, dzięki temu eksportuje swoje kosmetyki już do kilku innych krajów. Na miejscu ma niewielki punkt sprzedażowy, ładnie położony niemal nad samym oceanem wśród przepięknej roślinności… Lokalne kobiety prowadzą swoje farmy alg i przynoszą do nich na sprzedaż, z nich powstają kosmetyki w 100% naturalne z dodatkiem lokalnych bogactw natury typu trawa cytrynowa, wanilia, kawa itp.

Drugim przystankiem był lokalny cmentarz. Dla nas miejsce szacunku i pamięci o zmarłych, miejsce o które się dba i odwiedza. W Zanzibarze tak to nie wyglada śmierć to dla nich koniec historii człowieka, żałoba trwa krótko. Ludzi chowa się w ziemi bez trumny, dość płytko, do wykopanej dziury wkłada się liście palmowe, kładzie zwłoki człowieka, przykrywa liściami i ziemią (ciało człowieka nie powinno ich zdaniem stykać się z ziemią). Czasem ktoś daje mała płytę nagrobkową, czasem nie ma nic… Nikt o to miejsce nie dba i go nie odwiedza… wszędzie pełno śmieci… Co w Polsce byłoby nie do pomyślenia, tutejsze prawo użytkowania ziemi pozwala taki cmentarz po czasie sprzedać jako grunt pod nieruchomość np. hotel 😦

Na Zanzibarze odwiedzamy jeszcze kilka punktów:

Farma przypraw – szczerze mówiąc spodziewałam się większej plantacji z przyprawami gdzie zobaczymy cały proces od zbioru po obróbkę, tymczasem trafiliśmy do miejsca gdzie na terenie wioski posadzono przyprawy uprawiane na Zanzibarze i stworzono z tego biznes pokazowy dla turystów. Ludzie tu pracujący jak przystało na Zanzibarczyków „mówią” niemal we wszystkich językach. Nas po farmie oprowadzał i opowiadał o przyprawach chłopak, który języka polskiego nauczył się z internetu, tłumacząc poszczególne frazy na translatorze, byliśmy pełni podziwu do jego zdolności i umiejętności. Choć farma nie spełniła moich oczekiwań co do wielkości plantacji to jednak zaspokoiła ciekawość. To tu zobaczyłam jak rośnie goździk, niegdyś wyspa słynęła z uprawy tej przyprawy, niestety ze względu na regulacje rządowe nie opłaca się Zanzibarczykom ich uprawiać i handel tą przyprawą mocno podupadł.

Ukraina Kijów 14-17.09.19

Kijów przywitał nas deszczem, jak to zwykle na naszych weekendowych wypadach bywa. Moje pierwsze zaskoczenie miało miejsce już podczas podchodzenia do lądowania – chyba nigdzie na świecie nie widziałam, aby bloki i domy mieszkalne znajdowały się w tak bliskiej odlegości od lotniska. Z lotniska do hotelu pojechaliśmy Uberem, dobrze tu działa i nie drogo. Pierwsze wrażenie z Kijowa: miasto pretenduje do stolic europejskich, ale jeszcze sporo tu do zrobienia, głównie ze strony Państwa, bo społeczeństwo zdaje się podążać równym krokiem za zachodem. Drogi i ich oznakowanie, nawierzchnia, jak i komunikacja miejsca to przepaść do Europy. Sporo dziur, brak pasów na ulicach, oznakowanie specyficzne bo niemal na wysokości linii energetycznej, do tego dość skąpe, pasy na przejściach do pieszych w dużej mierze niewidoczne, w wielu miejscach na chodnikach trzeba uważnie potrzeć pod nogi, aby nie pozostawić tam swojego uzębienia. Komunikacja miejsca: autobusy to w 90% stare żółte „ogórki”, do tego trolejbusy nieco bardziej nowoczesne, też żółte i metro, dość specyficzne bo bramki otwarte, niby kasuje się bilet, ale bez problemu można wejść i jechać „na gapę”.

To co ciekawe to właśnie w Kijowie znajduje się najniżej położona stacja metra – Arsenał 105 metrów w dół. Prowadzą do niej dwa odcinki schodów ruchomych, które jadąc nimi zdają się nie mieć końca…. Warto chociażby z tego względu przejechać się metrem. Po zameldowaniu się w hotelu udaliśmy się do pobliskiego baru coby napić się kawy, wszak dzisiejszy poranek przyszło nam rozpocząć o godz 4:00. W samolocie godzinna drzemka, nie dodała nam tyle energii co poranna kawa (jest tu sporo palarni kawy, toteż jest dobra i niedroga) i ukraiński szot, połączenie limonki, maliny i wysokoprocentowego alkoholu. Na śniadanie mąż zamówił sałatkę inspirowaną Wietnamem, ja smaki Ameryki: Burger z avokado. Jakież było moje zdziwienie jak do jedzenia burgera otrzymał żółte jednorazowe rękawiczki – muszę przyznać, że praktyczne rozwiązanie.

Posileni, odświeżeni w hotelowym pokoju, udaliśmy się na podbój Kijowa. Celem był Majdan, ale atrakcji po drodze nie brakowało. Te które zrobiły największe wrażenie to Złota Brama, jej historia sięga XI wieku, niegdyś brama do miasta, dziś miejsce spotkań i punkt przesiadkowy, wszak na przeciwko mieści się jedna z lini metra. To tu spotkaliśmy regionalnie ubrany zespół folklorystyczny, który w doniosły sposób zaserwował nam fragment tradycji w nutowym wydaniu, a oko cieszyły ludowe stroje. Szkoda, że na warszawskim Starym Mieście nie serwują takiego folkloru tłumom zagranicznych turystów.

Po drodze minęliśmy Operę i Teatr Narodowy. Samo położenie Kijowa przypomniana nieco Lizbonę, górka, dołek… jest to urokliwe, ale i wymagające dla Turystów pieszo zwiedzających miasto. Majdan Plac Niepodległości, jeszcze tak niedawno miejsce krwawych zamieszek zaprezentował nam się jako, plac atrakcji wszelakich, muzyka i sztuka uliczna, liczne restauracje z muzyką na żywo, różnorodne gry i zabawy, zbierające wkoło ulicznych przechodniów… Majdan żyje ! Niewątpliwie jest to centrum kultury i towarzyskich spotkań Ukraińców. To co nas zaskoczyło to ulice zamknięte dla ruchu, na nich sporo plenerowych wydarzeń, totalny brak policji, nikt tych wydarzeń nie zabezpiecza. Wszak rozróby nie widzieliśmy, ale to i tak dość ryzykowne jak na imprezy masowe… Tym bardziej, że nie brak tu ludzi pod widocznym wpływem alkoholu.

Nasz pierwszy dzień w Kijowie mocno koncentrował się na Majdanie, tu jedliśmy lunch i kolacje, wpatrując się w przechodzący tłum… chłonąc klimat i muzykę ulicy… Szczerze mówiąc Majdan mnie nieco zakończył. Spodziewałam się większej nostalgii, odrobiny smutku, pozostawionego przez przeszłość. Tymczasem było to miejsce radości! Jedyne co w mojej głowie mogło łączyć te wszystkie przykre wydarzenia to liczne fontanny, które trochę tak jak fontanna będąca pomnikiem po 11 września w New York, która symbolizuje morze łez i niesamowitą dziurę w sercu. Tu były tylko fontannowe łzy, za to liczne i oczyszczające… Obok Majdanu drugą atrakcją, która nas niespodziewanie i mile zaskoczyła to Sobór Mądrości Bożej. Zdecydowaliśmy się wejść do środka, a tam ku naszemu zdziwieniu wybory miss wśród dzieci, w regionalnych strojach. Dziewczynki i chłopcy w wieku 4-14 lat, cudny sposób na przekazywanie dzieciom tradycji. Oprócz prezentacji ludowych strojów na czerwonym dywanie, kandydatki i kandydaci byli przedstawiani pod kątem wieku, pochodzenia i opisu swojego stroju w superlatywach, językiem metafor, porównując go do Ukrainy. Taka duma z korzeni i świadomość pochodzenia, godne odwzorowania.

Reasumując już nieco częściowo pobyt, mój mąż stwierdził, że pierwszy dzień w Kijowie to emocje drugi zabytki, a trzeci przeszłość i tradycja…

To pora zatem przejść do drugiego dnia – zabytki. Niedzielne śniadanie zjedliśmy przed godz 10:00, potem dalsza część zwiedzania. Zaczęliśmy od Alei Pejzażu… niby kilka kolorowych, betonowych pomników, ale mają swój klimat.

Być może to położenie, na obrzeżach ulicy ambasad, otoczona parkiem, dobrze widać stąd górzyste położenie Kijowa. Sam ścieżka prowadzi do jednych z piękniejszych cerkwi w Kijowie cerkiew św Andrzeja.

U podnóża cerkwi dzieła ulicy: przeróżne folklorystyczne rękodzieła, obrazy… małe klimatyczne kafejki, niczym na wzgórzu Montmarte w Paryżu….

Wśród tych rękodzieł są też bardziej praktyczne przedmioty, takie jak ten:

Idąc dalej w dół w stronę Dniepru, napotkaliśmy trzy kultowe miejsca gdzie można zjeść obiad, deser i wypić drinka w postaci lokalnej wiśniówki. Nasza kolejność była trochę przypadkowa i mało rozsądna, ale wrażenia przednie. Zaczęłyśmy od baru który serwuje wiśniówkę w kryształowych kieliszkach. Lokal pięknie wykończony, typowa manufaktura, dużo własnych wyrobów. Wiśniówka leje się niczym piwo z nalewaka. Podawana jest w kryształowych kieliszkach. Pan leje do czubka, po czym każdemu karze „siorbiąc” (czytaj zrobić miejsce) i dokłada wiśnie mocno nauczone spirytusem. Smakuje przednie i ma moc..

Upojeni wiśniówką udaliśmy się obok (bodaj ten sam właściciel) na obiad z grila. Klimat super. Duży grill, surowy drewniany wystrój. Kelnerka podając kawał żeberek ciacha je siekierką przy kliencie. Podawane są na klasycznej drewnianej desce, obrus to fragment brązowego eko papieru, w brązowych eko kubkach podawana jest też zupa. Na sali umywalki w odpowiedniej stylizacji pozwalające umyć dłonie po tej żeberkowej uczcie…. Całość robi dobre wrażenie.

W trzecim wspomnianym miejscu Manufakturze czekolady ograniczyliśmy się już jednie do zrobienia zdjęć… Miejsce wyjątkowe i smakowite, ale mogłoby się to źle skończyć…

Następny punkt programu to Muzeum Iluzji. Pierwszy raz tego typu miejsce zafascynowało nas w Wietnamie (Sajgon) potem Budapeszt, a teraz ku naszemu zaskoczeniu Kijów. Nic do tej pory Wietnamu nie przebiło, ale jest kilka ciekawych ujęć… zawsze to barwne wspomnienie…

Po drodze udając się w kierunku Dniepru chcieliśmy coś zjeść, bez większego wysiłku wybraliśmy jedną z licznych knajpek, niestety niewypał. Komercja przez duże K., zjadłam rosół i sałatkę ale tylko dlatego, że byłam głodna. Poczucie smaku nie cofnęło by mnie do tego miejsca, a wiem z autopsji, że siłę mam ogromną. Do dziś jestem w stanie poświecić czas i pieniądze, aby znów znaleźć się na obrzeżach Hoi An w jednej z tamtejszych knajp, gdzie smak potraw „wyrywał z butów”. Idąc wzdłuż Dniepru dotarłyśmy do kolejki, tutejsza atrakcja, trochę marnie wyglądała z dołu, a bilet kosztował sowicie, toteż zrezygnowaliśmy z przejażdżki, kierując się nad Dniepr w poszukiwaniu cerkwi na wodzie… Mała ale ładnie położona…

Późnym popołudniem potrzeba kolacji znów przywiodła nas na Majdan. Chcieliśmy coś regionalnego, w niedalekim położeniu, wybór padł na Pyzatą Chatę. Od początku miejsce wydawało nam się dość dziwne i obszerne, wszechobecne kolejki spowodowały, że mało uważnie kilka minut poświeciliśmy na stanie w kolejce do męskiego WC…. 🤪oczywiście chcieliśmy coś zjeść i dobrze, że Pani zbierającej tace wydała się dziwna w kolejce moja obecność, bo jeszcze byśmy tam stali… Samo miejsce, to taka regionalna ukraińska Ikea, tanio, duże kolejki, duży przemiał… Jak dla mnie „bez ach i ech” sieciówka jakich wiele… Jedzenie w Pyzatej i wymagająca droga powrotna ( pod górę) rozłożyły mnie na łopatki, o godz 20:00 poszłam spać, co jak na mnie „sowę” dość nietypowe…

Trzeci dzień… pod hasłem „przeszłość”. Po śniadaniu zamówiliśmy Ubera i pojechaliśmy do skansenu mieszczącego się na peryferiach miasta. Niegdyś była to ukraińska wioska, a dziś Narodowe Muzeum Architektury Ludowej na terenie którego mieszczą się domy charakterystyczne dla każdego z regionów Ukrainy. Obszar bardzo duży 150 ha, toteż dobrze tuż przed wejściem wypożyczyć rower, bo jest gdzie chodzić. My nieświadomi wielkości skansenu, wybraliśmy się pieszo, zajęło nam to ponad 3 godziny, ale było warto. Miejsce ma duszę i jest pełne uroku.

Tuż przy wejściu do wioski na cymbałach grał…. Jankiel… Było cymbalistów wielu… Przecudne❤️ dźwięk, melodia, otoczenie… wszystko to tworzyło wyjątkowy klimat…

Teren wioski jak i całego Kijowa pagórkowaty. Niektóre drogi wyłożone kamieniem, niektóre piaszczyste… Na terenie wioski znajduje się dawna szkoła

I kilka dobrze zachowanych cerkwi…

Niewątpliwie uroku temu miejscu dodała też pora roku i pogoda. My trafiliśmy na koniec lata, pogoda była idealna do zwiedzania 23 stopnie, niebo błękitne idealne do zdjęć. Spokój i piękne okoliczności przyrody, czego chcieć więcej… Po zwiedzeniu skansenu ponownie zamówiliśmy Ubera i pojechaliśmy pod pomnik Matki Ojczyzny. Wprawdzie nie jesteśmy wielkimi miłośnikami pomników, ale ten wypadało zobaczyć. Ma 102 m wysokości i waży 560 ton 🙉 Znajduje się na terenie Muzeum Historii Ukrainy z II Wojny Światowej.

Stąd niedaleko już do Ławry Peczerskiej, prawosławnego klasztoru, stanowiącego siedzibę zwierzchnika Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego. Historia świątyni sięga IX wieku, położona jest nad Dnieprem, pełna przepychu, składa się z wielu budynków i zajmuje znaczny obszar. Od 1990 wpisana na światową listę UNESCO.

Tuż przy klasztorze jest niewielka kawiarnia. Usiedliśmy tam chwile odpocząć przy kawce, bo nasze nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Trzeci dzień nie schodziliśmy z licznika poniżej 10 km pokonanych pieszo, górka, dołek… a kości już niemłode😉 Obiad zjedliśmy nieopodal, w miejscu kpiącym od tradycji Tesars’ke Selo, kuchnia ukraińska. Wystrój nawiązujący do korzeni, miejsce dość drogie, ale jedzenie ładnie podane i co najważniejsze – smaczne.

To był nasz ostatni punkt programu. Metrem wróciliśmy do hotelu. W ostatnim dniu naszego pobytu mąż zorientował się, że uciążliwe wchodzenie pod górę (mieszkaliśmy na wzgórzu, a większość atrakcji jest na dole) można było za każdym razem pominąć, podjeżdżając kilka stacji metra😂 Och ! Cóż na niefart ! Dobra rada mojego męża: chcąc zwiedzić Kijów i nie podchodzić ciagle pod górę należy kupić kartę na metro i za każdym razem szukać stacji, która będzie powyżej punktu który chcemy zobaczyć 😂

Laos

8.03.19

W Luang Prabang wylądowaliśmy około 9:00 czasu lokalnego. Odprawa przebiegła sprawie 2 USD za zdjęcie i 30 USD za wizę. Lotnisko małe, lokalne i nawet rynek taksówkarzy obsadzony w jednym miejscu – małe stoisko przy wyjściu gdzie zamawiamy taksówkę i otrzymujemy kwitek z potwierdzeniem.

Po chwili podchodzi do nas kierowca, bierze mój bagaż i prowadzi nas do mini busa. Chwile po tym dochodzą jeszcze trzy kolejne osoby i wyruszamy do hotelu. Pierwsze wrażenie: mega gorąco i duszno, suche powietrze. Na ulicach jakby czyściej, ale biednie. Samo miasto Luang Prabang pełne kolonialnych akcentów, zaczynajac od architektury, a kończąc na wystroju wnętrz, czy pamiątkach turystycznych. Do hotelu docieramy w 15 min. Hotel jest pięknie położony, niedaleko Mekongu, tuż przy jednej z ponad 30 buddyjskich świątyń w tej okolicy. Jest to stary kolonialny budynek, ale ładnie zrobiony, jak na tutejsze warunki, powiedziałabym „luksusowy”. Pokój przestronny, tekowe drewno na podłodze, w łazience. Meble kolonialne, duże podwójne okiennice z zabezpieczeniem na owady i olbrzymie łoże przyozdobione białą moskitierą. Swoją drogą moskitiera to ważny element zabezpieczenia spokojnego snu w Laosie, gdzie malaria jest dość powszechna.

Po szybkim odświeżeniu ruszamy na rekonesans po mieście. Miejscowość jest niewielka, jedna główna ulica i kilka podporządkowanych. Tym samym ruch zdecydowanie mniejszy niż w Wietnamie, nie używają też tak często klaksonu, reasumując dużo spokojniej. Pierwsze kroki kierujemy do jednej z lokalnych restauracji, wszak jesteśmy już trochę głodni i spragnieni. Ceny nieco wyższe niż w Wietnamie, choć nie ma tu aż tak dużo turystów, to i tak ich obecność robi swoje. W kuchni laotańskiej widoczne są francuskie wpływy (bagietki w różnym wydaniu), nie brakuje również chińskich i wietnamskich akcentów.

Dużo lokali zarówno pod względem wystroju jak i menu przystosowanych jest do zamożnych europejskich turystów. Sporo tu Amerykanów, Francuzów, Niemców, Polaków nie udaje nam się spotkać w Laosie. Wciąż jest to jeszcze mało popularny i słabo turystycznie rozwinięty kierunek…

Po posiłku udajemy się do Pałacu i położonej na tym samym placu świątyni. Niestety obiekty są już zamknięte i pozostaje nam podziwiać je jedynie zewnątrz.

A że świątyń tu pod dostatkiem, to tuż po chwili jesteśmy w kolejnej, tej sąsiadującej z naszym hotelem. Tam zostaje przyodziana w dodatkowe nakrycie nóg i mogę obejrzeć wnętrze, niewielkie, ale pełne złoceń, jak na buddyjską świątynie przystało. Po placu przed świątynią krzątają się dwaj mali buddyjscy chłopcy, jeden ćwiczy chodzenie na szczudłach, drugi podlewa ogródek. Oddanie syna do klasztoru na jakiś czas, to tradycja wśród Buddystów. Jeśli dana osoba zechce to może tam zostać na stałe, co jest zaszczytem dla rodziny.

Zbaczając z głównej drogi na której to rozpoczynają się przygotowania do codziennego nocnego marketu, trafiamy na alejkę lokalnego jedzenia z akcentami dla europejskich turystów typu hod dog z niemiecką kiełbasą. Sporo jest również stanowisk serwujących koktajle ze świeżych owoców z dodatkiem lodu i wody. Decydujemy się skosztować, ja wybieram awokado z limonką, mąż swoją ulubioną marakuje. Popijając koktajle trafiamy nad Mekong, który wita nas pięknym zachodem słońca.

Coby zaplanować jutrzejszy dzień udajemy się ponowie w kierunku „centrum” w celu wykupienia wycieczki po okolicach. Trafia nam się okazja przed zamknięciem biura i kupujemy wycieczkę za 30 USD od osoby, która w lokalnym biurze warta jest około 60 USD. Jest to trekking po wioskach zamieszkałych przez tutejsze etniczne mniejszości.

Wieczorem udajemy się jeszcze na lokalny market. Bardzo ciekawe miejsce, olbrzymi wybór pamiątek z Laosu w atrakcyjnych cenach, ale trzeba się targować.

Wyjściowe ceny są wysokie, ale przy kilku produktach naprawdę sporo potrafią opuścić. Dokonujemy zakupu kilku herbat, pałeczek, magnesu do kolekcji oraz gumki do włosów i kapelusza dla mnie, gdyż pochłonął go wietnamski chaos i zaginął gdzieś w akcji…

9.03.19 (Luang Prabang)

Poranne śniadanie w hotelu okazuje się być wyborem z karty, dość nietypowo, porcje są niewielkie, ale smaczne i ładnie podane.

O 9:00 odbiera nas bus z hotelu na wykupioną wczorajszego dnia wycieczkę. Okazuje się, że zostaliśmy dokooptowani do grupy, która jechała na słonie i tym sposobem w gratisie mamy kolejną atrakcje. Droga jest długa, wzdłuż Mekongu, choć asfaltowa to mocno dziurawa. Po drodze mijamy wioski, gdzie widać, że mieszkańcom się nie przelewa, zdecydowana większość to małe drewniane domki, przypominające walące się szopki, a wokół domostwa jedna wielka graciarnia.

Podobnie jak w Sa Pa i tu docierają buldożery, robią asfaltową drogę, niby to ułatwienie dla tutejszych mieszkańców, ale kłóci się z przyrodą, rujnowaną wszak i przez lokalną społeczność. Częstym procederem jest tu wypalanie fragmentu lasu, aby z tego terenu zrobić pole ryżowe… Trudne to wszystko…z jednej strony ich rozumiem, bo muszą z czegoś żyć, z drugiej strony szkoda tego bogactwa natury…

W końcu docieramy na miejsce, kilka skromnych budynków, bardzo ładnie położonych nad samym Mekongiem, wśród drzew i innej roślinności. Na placu czekają cztery indyjskie słonie. Urzeczona milusińskimi postanawiam je nakarmić za dodatkową opłatą. Kiść bananów i dwa sympatyczne osobniki ochoczo wyciągają trąby, przybliżając się w moim kierunku. Cały proces dzieje się dość szybko i wymaga trochę precyzji, ale daje mi sporo radości. Żal mi tych słoni…są tutaj w niewoli i stanowią atrakcję dla turystów. Cała grupa z naszego busa przyjechała w celu przejażdżki na słoniach, my się nie decydujemy…myślę, że to męczarnia dla zwierząt. Kiedy słonie zabierają rozentuzjazmowany turystów na przejażdżkę, ja i mój mąż udajemy się z przewodnikiem na trekking po wioskach.

W tym celu wsiadamy do motorowej łódki i płyniemy na kawałek dalej na drugą stronę Mekongu. Tam odwiedzamy niewielką, bo około 30 kilku rodzin wioskę z plemienia Hamongów.

W przeciwieństwie do SaPa nie występują oni tu w regionalnych strojach, a w tym co mają, skromnie: koszulka, spodnie… Przewodnik który również należy do tego plemienia, mówi nam, że regionalny strój jest tu zakładany tylko na uroczystości typu: wesele, pogrzeb, Nowy Rok. Wioska jest biedna, domy drewniane, zaniedbane, przed domem siedzą całe rodziny, nigdzie się się spieszą…czas płynie tu w zwolnionym tempie. Ludzie żyją tu z uprawy ryżu, ale obecnie jest martwy okres i mają czas na odpoczynek, praca zacznie się od maja. Dzieciaki biegają całymi grupkami po wiosce, wymyślając wspólne zabawy, wydawałoby się beztroskie dzieciństwo, a jednak jest mi przykro jak na nich patrzę… Tak wiele zależy od szczęścia, gdzie w jakim kraju i w jakiej rodzinie się urodzimy…

Widząc nadciągających turystów, mała dziewczynka w samej koszulce na bosaka, podbiega do mnie i pospiesznie podnosi z ziemi jeden suchy listek, których tu sporo, po czym wręcza mi go z szerokim uśmiechem na ustach. Rozczulona sytuacją wyjmuję z plecaka pudełko cukierków i daje dziewczynce. Spontaniczna radość jest ogromna, po chwili cała rodzina zajada się słodyczami, a mała w podskokach trumfuje na podwórku z nabytej zdobyczy, nie spuszczając nas z oka. Na koniec żegna się z nami radośnie machając rączką.

Po opuszczeniu wioski ponownie udajemy się do łodzi i płyniemy kawałek dalej wzdłuż Mekongu do pojedynczego domu na wodzie, który jest naszym punktem startowym do kolejnych wiosek. Mieszka tam małżeństwo z synem, żyją niespiesznie na Mekongu w domu na wodzie, wokół pływają kaczki, obrazek o jaki trudno w Polsce…

Idziemy w głąb dżungli wspinając się do góry. Po jakiś 20 minutach ukazuje się naszym oczom kolejna wioska. Kolor ziemi jest tu nieco inny, brunatny. Tak jak w poprzedniej wiosce domy drewniane, biedne… ale jest niewielka świątynia, choć z zewnątrz jej nie przypomina, raczej dom, nie ma tu ozdób i złoceń jak to w buddyjskich świątyniach bywa…Jest też skromna szkoła w której są dwie klasy. Po wiosce standardowo wśród dzieci biegają kury, koguty, kaczki, świnie.. Są też mini sklepy i tutejsze wyroby włókiennicze wystawione obok domów.

Maszyna służąca do ich wytworzenia stoi niemal przed każdym domem, a na nim rozpoczęty szal, czy inne rzemiosło…

Mijamy wioskę i wychodzimy do dżungli. Tuż za wioską w dżungli, niewielki ogrodzony plac, a w mim kwiaty, to do świątyni, zabezpieczony przed zwierzętami. Droga jest malownicza choć trudna, wąska i momentami stroma. Jest tu sporo bambusa, ale przewagę stanowi tek, jego duże i suche liście spadają w dół z charakterystycznym dźwiękiem, słychać intensywny śpiew ptaków i dźwięk owadów. Wspinamy się do góry, upał… ponad 30 stopni. Zaczynam rozumieć dlaczego przewodnik zabrał zgrzewkę wody na 3 osoby, co chwile zatrzymujemy się na picie i chwilę oddechu. Widoki są cudne, ale zmęczenie okrutne.

Po pokonaniu połowy drogi, przewodnik pyta nas czy chcemy zejść i wybrać krótszą i łatwiejszą drogę do wioski. Trochę nam szkoda przebytego odcinka, ale dowiadując się, że przed nami perspektywa jeszcze bardziej stromych podejść. Decydujemy się na zejście, a przebytą drogę traktujemy jako „zwiedzanie dżungli”. Nowa droga jest mniej stroma, za to piaszczysta i mocno nasłoneczniona…przez co i nie łatwa…

Po około 2 godzinach, wycieńczeni docieramy do wioski. Pierwszy widok na naszej drodze to gromadka dzieci z dużymi tasakami, zbierającymi chrust na opał. Widok przytłacza i daje do myślenia…Chyba za mało doceniamy to co mamy i gdzie się urodziliśmy…

Wioska do której wchodzimy jest najbiedniejsza z wszystkich odwiedzonych. Prawdziwy obraz „nędzy i rozpaczy”, dopiero dwa lata temu doprowadzono im prąd. Brudne dzieci biegające bez majtek, wśród nich kury i świnie. Domy drewniane, często rozpadające się, duży nieład i sterty śmieci… Siadamy na końcu wioski tuż nad Mekongiem aby odpocząć.

W międzyczasie odwiedzam tutejszy „sklep” jak to w ogóle sklepem można nazwać. Sam bydynek to dość niski, nieduża szopka, po obu stronach wystawione kilka podstawowych produktu. W głąb stoi lodówka na napoje, zamykana na klucz, w niej zakurzone dwie puszki coli, kilka fant i zgrzewka wody. Kupuje colę i opuszczam sklep. Zainteresowanie nami jest coraz większe, zaczynają schodzić się bliżej nas lokalni mieszkańcy, dzieci przyglądają nam się z zaciekawieniem i pewnie oczekiwaniem, a my z pustki rękoma, zabrane cukierki już rozdane. Chyba sam przewodnik zaczyna zauważać, że atmosfera się zagęszcza i proponuje, abyśmy zeszli na dół, nad sam brzeg Mekongu i tam poczekali na łódkę.

Schodzimy…nad Mekongiem dzieci pozostawione same sobie wymyślają zabawy, jeżdżą na krowach… kąpią się, bawią w piasku…życie toczy się swoim niespiesznym tempem…

Po 10 minutach wracamy łódką do słoni, stamtąd zabiera nas bus w drogę powrotną do Luang Prabang. Po drodze zatrzymujemy się w wiosce whisky, tam tworzy się lokalny alkohol z wszelkimi gadami, wężami, jaszczurkami…itp. Wyglada to imponująco, niestety nie można takiego alkoholu przewieźć do Europy.

Wykończeni, brudni ale szczęśliwi i pełni wrażeń docieramy do hotelu. Nasze buty po wyprawie wyglądają żałośnie…

Pierwsze kroki kieruje pod upragniony prysznic. Po krótkim odpoczynku wyruszamy na miasto na kolację i wracamy do hotelu, bo jutro wczesna pobudka.

10.03.19

Wstajemy o godz 5:00, jest jeszcze ciemno…Szybka toaleta i idziemy pod klasztor z którego wyruszają Buddyści po jałmużnę. Droga przemarszu jest zamknięta. Wzdłuż poukładane są małe plastikowe stołeczki, co jakiś czas na ulicy widać panią sprzedająca ryż. Dochodzimy do klasztoru i czekamy…wyglada na to, że przyszliśmy za wcześnie. Po ok 20 min zaczynają zbierać się ludzie, niestety głównie turyści…

Tuż przed godz 6.00 rozpoczyna się codzienny rytuał i wychodzą Buddyści… Obserwuje to co tu się dzieje z lekkim zdziwieniem, a wręcz zażenowaniem. To co miało być wzniosłe i duchowe, było komercyjną szopką. Więcej turystów z aparatami, niż darczyńców. Zachowanie turystów mocno nie na miejscu, zdjęcia robione nachalnie, bez poszanowania wiary i zwyczaju… Podobno kilka lat temu sami Buddyści nie wytrzymali zachowania turystów i zaprotestowali, że nie będą wychodzili na poranną kwestę, ale rząd szybko przywołał ich „do porządku”. Jak to w życiu „jak nie wiadomo o co chodzi, to o pieniądze” tym razem z turystyki. Ponadto kiedyś otrzymywane datki były faktycznie podstawą ich życia, dziś to tylko formalność. Ryż, który otrzymują wrzucają do specjalnie przeznaczonych do tego koszy, zatrzymują dla siebie jedynie słodycze i pieniądze…

Tuż za trasą przemarszu Buddystów, kolejna kwesta żebrzących dzieci. Raz po raz któryś z mnichów oddaje im część swoich datków, znaczna cześć przechodzi obojętnie, jakby przyzwyczajona do standardowego krajobrazu… i tak dzień w dzień…

Nieco zniesmaczeni sytuacją wracamy do hotelu na poranne śniadanie. Mimo tego że jest niedziela i 6:00 rano życie toczy się już tutaj swoim rytmem… Większość barów jest już otwartych, rozkładają się stragany z lojalnymi pamiątkami…. Po śniadaniu udajemy się na Lao Latte – bardzo smakuje mi tutejsza kawa, choć jest słodka i nie taka do jakiej przywykłam to smaczna.

Około godz 10:00 łapiemy tuk tuka jeden z popularniejszych tutejszych pojazdów i jedziemy do rezerwatu czarnych niedźwiedzi, gdzie znajduje się również śliczna kaskada wodospadów. W niektórych miejscach można się kąpać, oczywiście mój mąż nie może odmówić sobie takiej przyjemności i wchodzi do wody. Zachwycony orzeźwiającą mocą wody i krajobrazem. Miejsce faktycznie jest niezwykłe, jest tu nieco chłodniej i przede wszystkim spokojniej. To świetne miejsce na całodzienny piknik i wypoczynek.

U podnóża parku jest mnóstwo straganów i barów w których można zjeść lokalne jedzenie. Decydujemy się na rybkę z grila. Ogólne spędzamy tam tylko dwie godziny, bo tak umówiliśmy się z kierowcą tuk tuka, ale żałujemy, że nie przyjechaliśmy tu na cały dzień. Po drodze do Luang Prabang, mijamy lokalne wesele. Myślałam, że polskie wesela to jest „przerost formy nad treścią” ale to jak tu to wyglada, w okolicy drewnianych rozpadających się domków robi szczególne wrażenie. Gości ponad dwieście, a może i więcej, wszystko udekorowane, kolorowe, trudno pojąć skąd fundusze na tak przepastną imprezę…

Po obiedzie udaliśmy się zwiedzać jeden z największych buddyjskich klasztorów w tym mieście. Miejsce niewątpliwie warte odwiedzenia. Trafiliśmy na śpiewy Buddystów, przyglądamy się chwile panującym tu o zachodzie słońca obyczajom…

Następnie chcąc zobaczyć panoramę miasta o zachodzie słońca wspinamy się na Mount Phousi.

Zważywszy na fakt, że jutro wczesnym rankiem opuszczamy to miasto, to wyjątkowo wcześnie wracamy do hotelu.

11.03.19 ( Vientiane)

Wstajemy o godz 5;00. Po spakowaniu rzeczy i check out z hotelu, udaje nam się tuż przy hotelu złapać tuk tuka, który zawozi nas na lotnisko. Po drodze widzimy jeszcze po raz ostatni ceremonie wręczenia jałmużnę Buddystom. Tym razem z innej świątyni i jest to dużo bardziej kameralne i prawdziwe. Przed południem jesteśmy już Vientiane. Stolica Laosu wita nas mega upałem. Pierwsze wrażenie „Malezja” czyli obraz Azji pomieszany z Europą. Niczym to miasto nie przypomina dużych europejskich stolic do których jesteśmy przyzwyczajeni. Dużo tu kontrastów: luksów dobrych samochodów, miesza się z skrajną biedą ulicy.

Ruch na ulicach jakby nieco bardziej europejski. Oczywiście nie brakuje skuterów jeżdżących po chodnikach, ale zdecydowanie mniej klaksonów, przejazdów na czerwonym świetle, jazdy pod prąd, czyli wszystkiego tego co w Wietnamie jest standardem. Bardzo dużo jest tu samochodów terenowych na ulicy, a przetwarzającą marką jest Toyota. Zrezygnowaliśmy ze zwiedzania bo upał był niemiłosierny, blisko 40 stopni. Do południa wypoczywamy w hotelu i na basenie. Choć i tu nie najlepiej, bo woda w basenie wątpliwej jakości, jakaś smolista, toteż szybko rezygnujemy z tejże atrakcji.

Około godz 16.00 wychodzimy z hotelu, jeszcze nie bardzo jest czym oddychać, ale zawsze to trochę chłodniej niż w południe. Kierujemy się do świątyni… po drodze mijamy kilka tutejszych turystycznych atrakcji Czarna stupa That Dam, niegdyś podobno pokryta złotem, dziś zaniedbana i zarośnięta, Patuxai brama niczym Łuk Triumfalny na Polach Elizejskich, zresztą zaprojektowana przez Francuza, ma upamiętniać ofiary II wojny światowej. Pomnik słoni zbudowany z porcelanowych filiżanek o podstawków, z bliska wyglada imponująco…

Patuxai

Na miejsce docieramy po 30 minutach marszu wśród zakorkowanych samochodów ludzi wracających z pracy. Przed Świątynią wita nas olbrzymi plac, większy niż nasz Plac Defilad w Warszawie. Pha That Luang – Wielka Święta Stupa składa się z kilku budynków, dużych i pełnych przepychu, a mówią że to nasze kościoły katolickie są pełne bogactw, pewnie i tak, ale przy tym co jest tutaj wymiękamy… Olbrzymi pomnik leżącego Buddy to tylko maleńki fragment tutejszych kompleksów buddyjskiego przybytku. Nie udaje nam się zwiedzić ich od środka bo większość jest już zamknięta, a i czasu mało. Łapiemy tuk tuka i jedziemy nad Mekong.

Tu życie kwitnie niczym nad Wisłą w Warszawie, czy Sekawaną w Patyżu. Trenerki fitnes, bary, stragany, spacery, sporty, masaże, manicure i pedicure na świeżym powietrzu, jednym słowem „czego dusza zapragnie”. Po drugiej strony Mekongu Tajlandia. Tymczasem my tutaj przyglądamy się nocnemu życiu stolicy, na tyle inspirującemu, że mąż postanawia się wcielić w rolę reportera na bulwarach Mekongu i nieopodal dalej, w świątyni buddyjskiej. Tam z kolei myzyka „country” jak twierdzi mój mąż i przygotowanie do festynu. Cóż zawsze można mieć nadzieje, że national geografic go zauważy i będzie można podróżować „za free”.

Po drodze do hotelu jemy kolacje w jednym z pobliskich hosteli/barów wyliczając skrupulatnie walutę coby pozbyć się laotańskiej nominałów, które już raczej do niczego nam się nie przydadzą… Jutro rano wracamy do Wietnamu, tym razem Sajgon.

Wietnam

28.02 – 01.03.19 6:00 wyjechaliśmy z domu na Okęcie, przed 7:00 byliśmy na lotnisku, po odprawie tradycyjnie śniadanie w saloniku. Wylot o 8:45, po prawie 6 godzinnym locie lądujemy w Doha. I tu kolejny salonik przychodzi z pomocą, wszak przed nami trzy godziny oczekiwania na następny lot, wystarczający czas aby się odświeżyć, zjeść obiad i zrelaksować przed kolejnym długim (bo prawie 7 godzinnym) i ciasnym bytowaniem w niebiańskich przestworzach. Żywiliśmy nadzieję, że tym razem na pokładzie legendarnego Airbus A380 czekającego przed nami na płycie lotniska będziemy wyprzedzać czas, wszak lądując w Wietnamie nasza strefa czasowa do polskiej to minus 6 godzin, ale jednak musieliśmy się zadowolić inną maszyną Boeing 787 Cóż bywa i tak, byle tyle startów co lądowań…

01.03.19 (Da Nang / Hue)

Z samolotu Wietnam jawi się jak zielona wyspa, obszerne połacie pół ryżowych, zielone wzgórza, od czasu do czasu jakaś zabudowa mniej lub bardziej gęsta, a całość pocięta rozległymi rzekami o nierównych korytach. W Da Nang wylądowaliśmy o godzinie 7:00 czasu lokalnego. Mieliśmy jedynie promesę, ale załatwienie wizy poszło bardzo szybko. Kazali nam wypełnić stosowny formularz z danymi personalnymi, potem zrobili nam zdjęcia (oczywiście za dodatkową opłatą 5 USD za osobę) wymagają tutaj formatu zdjęcia 4×6, następnie wbili nam do paszportu wizę wielokrotnego wjazdu. Koszt jednej wizy to 50 USD. Bagaże też wyjątkowo szybko wyjechały na taśmę. Schody zaczęły się po wyjściu z lotniska. Potrzebowaliśmy dostać się z Da Nang do oddalonego o około 120 km Hue, znaliśmy przybliżoną cenę taksówki, ale ceny które słyszeliśmy od wyjątkowo nachalnych taksówkarzy były znacznie wyższe. Tagi trwały długo i nie brakowało emocji, kiedy już zrezygnowani ruszyliśmy w kierunku busa, jeden z taksówkarzy pobiegł za nami oferując znacznie niższą cenę. Zważywszy na fakt, że na busa musielibyśmy czekać prawie 3 godziny zdecydowaliśmy się skorzystać z oferty. W hotelu byliśmy kilka godzin przed czasem, pokój niegotowy, ale na szczęście po godzinie oczekiwania wydano nam klucze i ruszyliśmy na Hue…

Miasto nad rzeka Perfumową, kilkanaście kilometrów od morza Południowochińskiego, dawna stolica Wietnamu. W czasie wojny miasto zostało niemal całkowicie zniszczone, część zabytków udało się odrestaurować, ale w wciąż trwają tu prace rekonstrukcyjne w kierunku odzyskania dawnego blasku stolicy. Spacerując po rozległym terenie królewskiej cytadeli wpisanej na listę UNESCO czuje się dawną potęgę tego miejsca, wszak twierdza budowana była na wzór słynnego pekińskiego Zakazanego Miasta. Mieściły się tu kompleksy świątyń, teatr, skarbiec, budynki oddane do dyspozycji cesarza z labiryntami korytarzy i sekretnymi przejściami. Teren niezwykle rozległy, Wawel czy Wersal to ledwie podwórka, można tu wypocząć od warkotu skuterów, nieustannych klaksonów i całego zgiełku miasta oraz poczuć potęgę dawnych dynastii.

Najciekawsze miejsca na terenie cytadeli królewskiej to:

Brama Południowa (Ngo Mon) kamienno-drewniana konstrukcja z 1833 r oraz kilka innych równie uroczych bram, bo jest tu ich ponad 10. Niosą na swoich barkach ducha historii i wciąż zachwycają swoim pięknem…

Most Złotej Wody przez który mógł przejeżdżać lub być przenoszony jedynie władca, z obu stron otaczają go stawy z rybami i liliami wodnymi; 

Pałac Niebiańskiej Harmonii, przestronny hol zdobi 80 rzeźbionych kolumn. To tu znajdowała się sala tronowa, gdzie cesarz brał udział w największych ceremoniałach. 

Złote Wrota wznoszą się tuż nad budowlą, niegdyś były symbolicznym wejściem do Purpurowego Zakazanego Miasta. 

W wschodniej części cytadeli odbudowana jest Brama Miłosierdzia, w zachodniej kilka pawilonów i świątyń oraz Pałac Wieczności. Niewątpliwie cały kompleks zabytkowej cesarskiej cytadeli wart jest zwiedzenia. Chcąc to zrobić rzetelnie potrzebę jest kilka godzin. Wstęp do obiektu jest płatny, poniżej ceny biletów:

To co mnie z lekka przeraziło w Wietnamie to ruch uliczny, tu nikt nie zwraca uwagi na pieszych, sami muszą zadbać o swoje bezpieczeństwo. Jeśli nie wymusisz pierwszeństwa nigdy nie przejdzie na drugą stronę ulicy, bo nikt się nie zatrzyma, pasy czy zielone światło to abstrakcja. Jeżdżą tak, jakby im się bardzo spieszyło na drugą stronę mocy, aż trudno uwierzyć, że kurs na prawa jazdy w Wietnamie trwa 6 miesięcy, czego oni się tam uczą ? Bo na pewno nie zasad ruchu drogowego. Reasumując, komunikacyjna wolność ponad wszystko…

W dzień jazgot ulic i puste bary, za to życie nocne Wietnamu kwitnie na całego. Jest tutaj bardzo tanie piwo, w pubie to ok 2 zł, jedzenie również nie należy do najdroższych za 10 zł można się całkiem dobrze najeść. Największe tłumy w barach i restauracjach są po godzinie 18:00 czyli po pracy. Wietnamczycy przychodzą do baru na kolacje i wieczorne piwkowanie w gronie znajomych. Ku naszemu zdumieniu nie zamawiają po 1 piwie, a potem ewentualnie kolejne, tylko z marszu jest to skrzynka, czy karton w zależności kto jakie piwo pije.

Przyjeżdzają tu zwykle na wszechobecnych skuterach, a więc pozostaje pytanie „jak z powrotem ?” ale ten temat pozostawię sobie do wyjaśnienia na dalsza część pobytu…

02.03.19 (Hue)

W okolicach Hue znajdują się liczne grobowce królewskie oraz Pagoda Thien Mu – świątynia Niebiańskiej Bogini położona nad brzegiem rzeki Perfumowej i jest to drugi obok cytadeli symbol miasta. Planowaliśmy wypożyczyć z hotelu rowery i udać się za miasto, ale poranek zweryfikował nasze plany i postanowiliśmy oddać się spontanicznej potrzebie bytowania wśród lokalnej społeczności, podglądania zwyczajów i próby odpowiedzi na wiele nurtujących nas pytań. I tak przedpołudnie w Hue spędziliśmy na „rajd coffee” pijąc kawę i nie tylko…, swoją drogą bardzo dobrą, w końcu Wietnam jest w czołówce producentów kawy. Gapiliśmy się na tętniące wokół nas życie i snuliśmy długie Polaków rozmowy o różnicach dzielących nas od Wietnamczyków, mentalności, zwyczajach i przepisach.

I tak kilka podjętych tematów, które to wzbudziły nasze zdzwiwienie:

  • Dlaczego Wietnamczycy mimo pięknej pogody ubrani są od stóp do głów? Jak się okazuje marzeniem każdego Wietnamczyka jest jasna skóra i nie chcą się opalać. Jasna skóra świadczy o przynależności do wyższej klasy społecznej, oznacza że pracujesz umysłowo, a nie fizycznie. W drogeriach trudno jest dostać krem, który nie miałby właściwości rozjaśniających. Zapełnienie odwrotnie jak w Europie gdzie dla pięknej opalenizny wielu gotowych jest na sporo wyrzeczeń. 

  • Maski i kaski z daszkiem niejako symbol Wietnamczyka. U nas wprawdzie jakoś powietrza również pozostawia wiele do życzenia, ale nie jeździmy w samochodach w maskach, ba nawet na skuterach, czy pieszo nie ma w Polsce tego zjawiska na tak masową skalę jak Wietnamie… Od czasu do czasu można zobaczyć kogoś w Warszawie w masce, ale zwykle jest to jakiś obcokrajowiec. Rozumiem, jak ktoś zakłada maskę jednorazową przemieszczając się skuterem po zatłoczonych ulicach dużego miasta, ale zupełnie nie rozumiem tych którzy jeżdżą w maskach na rowerach po wioschach, gdzie ruch uliczny nie jest tak duży, czy też prowadząc samochód, tudzież spacerują po markecie. To już chyba trochę rodzaj mody, czy też nawyku. Do tego wielu z nich korzysta z masek wielokrotnego użytku, aż strach pomyśleć ile tam bakterii…

  • Respektowanie przepisów prawa drogowego. Polskie ulice oznakowane są licznymi znakami, pasami, a kierowcy karnie zatrzymują się na czerwonym świetle. W przeciwieństwie do Wietnamczyków, którzy nie mają problemu z jazdą pod prąd, o zatrzymaniu się przed przejściem dla pieszych można zapomnieć, często w ogóle na takowych przejściach nie ma pasów i jadący Wietnamczyk zdaje się cię w ogóle nie widzieć. Klaksony w Polsce używane są w sytuacjach kryzysowych, w Wietnamie są powszechnie stosowane i większość kierowców używa ich przy każdym manewrze drogowym. Mimo tego podobno w Wietnamie co 1,5 godz ktoś ginie na drodze, pijani kierowcy na skuterach są plagą tego państwa. Chodniki zwykle są zastawione skuterami, produktami sklepowymi czy też lokalną kuchnią, a więc po tych samych drogach co chodzą piesi (notabene wąskich i ciasnych) jeżdżą samochody, motocykle, autobusy wycieczkowe, rowery obładowane czym się da, riksze, wszelakiego rodzaju wózki itp. Jednym słowem dżungla, z tą różnicą że w dżungli słychać przyjemny śpiew ptaków, a na ulicach Wietnamu dominuje warkot pojazdów i nieustanny dźwięk klaksonów.
  • Skuter jako wielofunkcyjny pojazd – w Polsce skuterów jest niewiele, w większych miastach można spotkać osoby rozwożące na nich pizzę czy też inne jedzenie, głównie ze względu na korki i szybkość przemieszczania. W Wietnamie pojazd ten pełni rolę rodzinnego vana, na dwuosobowym motorze bywa, że siedzi i pięć osób, wliczając maleńkie dzieci bez żadnego zabezpieczenia. Skuter jest zrównież głównym pojazdem transportowym i zaopatrzeniowym. Skuterem wozi się zakupy, ale i świnie, kury, kozy i inne zwierzaki, nie brakuje też mebli czy delikatniejszych elementów takich jak obszerne szyby, wiaderka z kwiatami i  cała paleta inny wynalazków…gdzie nam by do głowy nie przyszło, że można przewieźć to skuterem.
  • Kartony – Wietnamczycy je kochają i pakują się do nich zamiast walizek, co widać na lokalnych lotniskach. W Europie to jednak walizki wiodą prym. 
  • Rozmiar krzeseł – iście azjatyckie gabaryty, dużo mniejsze niż dziecięce krzesła w Ikea. Na niektórych strach siadać bo nie wiadomo czy się nie zarwie pod naporem europejskiej masy ciała.

Po południu wylecieliśmy do Hanoi stolicy Wietnamu, to stąd wyruszamy jutro na dwudniową wycieczkę po Zatoce Ha Long. Hotel mieliśmy niemal w centrum miasta. Po zakwaterowaniu i szybkim odświeżeniu ruszyliśmy na kolacje. Sobota, na mieście tłumy. Ogrom wrażeń bombarduje wszystkie zmysły, a tu trzeba się mieć na baczności bo skutery, czy inne pojazdy nie bardzo zwracają uwagę na przechodniów. Prawo dżungli, kto silniejszy wygrywa, kto uważniejszy przeżyje… Po kolacji długo snuliśmy się po zatłoczonych uliczkach w poszukiwaniu miejsca gdzie będziemy mogli się czegoś napić i w spokoju przyglądać się życiu miasta, jakże mentalnie innemu od europejskich pejzaży… Wkońcu udaje się wypatrzeć wolne miejsce, jednakże wieczór kończymy stosunkowo wcześnie bo ok 21:30, chyba nie przywykliśmy jeszcze do zgiełku tutejszych ulic i szybko czujemy się zmęczeni klimatem. W przeciwieństwie do lokalnej społeczności, Hanoi zasypia dość późno bo ok 1:00 w nocy, a budzi się skoro świt, o 5:00 nad ranem jest już dość tłoczno.

03.03.19 (Zatoka Ha Long)

Po śniadaniu zabiera nas z hotelu bus na dwudniową wycieczkę po zatoce Ha Long. Do celu mamy 170 km, po drodze mijamy dużo pól ryżowych, widać pracujących na nich ludzi w charakterystycznych wietnamskich kapeluszach…takie widoczki iście z folderów. W wielkie zdumienie wprawiają mnie grobowce, tudzież pomniki zmarłych, które raz po raz wyrastają wśród ryżowych pól, czasem solo, czasem w duecie, a innym razem jawi się całkiem spory cmentarzyk. Jest tego mnóstwo… Podobno wynika to z faktu, że kiedyś w Wietnamie nie było publicznych cmentarzy i chowano zmarłych na swoich polach, aby było blisko i można ich było często odwiedzać… Obecnie funkcjonują już publiczne cmentarze, odchodzi się od tych wzyczajów i nawet coraz częściej następuje kremacja zwłok…

Po drodze nie brakuje również szeroko pojętego handlu, różnorodnie przydrożne targi, sprzedaż z rowera, mnóstwo małych sklepów, sieć galerii handlowych jest tu bardzo słabo rozwinięta, jeśli występują to tylko w większych miasta i daleko im do europejskich molochów. Handel tak samo wyglada na małej wiosce, jak i w dużym mieście, każdy chce coś sprzedać i z czegoś żyć… No i oczywiście kuchnia na ulicy z całym swoim zapleczem sanitarnym, wielkie garnki, ręczne zmywaki, zapasów półproduktów i to bez czego lokalny bar nie istnieje – kolorowe mini plastikowe krzesełeczka, to stały pejzaż Wietnamu…

Na miejsce dojeżdżamy około godziny 12:00. Sam port w zatoce mnie nieco zaskakuje, chyba nie zdawałam sobie sprawy, że to taki przemysł turystyczny, ponad 500 łodzi, ogromny port, cała turystyczna infrastruktura… Szok ! Moje dotychczasowe skojarzenie z Zatoką Ha Long to sklepy i wioski na wodzie, wszystko blisko natury… tak to jest pokazywane w popularnych programach podróżniczych, a tu… przemysł przez wielkie „P”.Toteż początkowo czuje się tu z lekka zawiedziona. Nie spodziewałam się takiej komercji, przykro mi również, że tak eksploatują tenże niezwykły dar natury, jedyny w swoim rodzaju, aż żal patrzeć jak powoli zaczyna tonąc w nawale śmieci pozostawionych przez turystów… Kiedy wpisano zatokę Ha Long na listę światowych zabytków UNESCO wysiedlono stąd sporą liczbę lokalnej społeczności w celu ochrony pomnika przyrody, a jednocześnie nie zrobiono nic, aby pod względem turystycznym chronić zatokę…

Wypływamy na zatokę. Miejsce jest urocze, na terenie o powierzchni 1500 km2 rozsiane jest prawie 2000 skalnych wysp, większości niewielkich i niezamieszkałych. Według legendy podczas walki z wrogą armią północy, przybył smok aby wesprzeć Wietnamczyków w walce. Wydobywające się z jego paszczy klejnoty zamieniały się w wyspy, które stwarzały naturalną ochronę przeciw wrogom i tak właśnie narodziła się Zatoka Lądującego Smoka (Vinh Ha Long). Z geograficznego punktu widzenia, Ha Long powstała w skutek zalania istniejącego tu wcześniej płaskowyżu. Wapienne podłoże przyczyniło się również do powstania licznych jaskiń. Nasz program zwiedzania po zatoce (wykupiona wycieczka w lokalnym biurze) jest iście emerycki i takie też mamy towarzystwo. Zakwaterowani zostaliśmy na łodzi w kajucie blisko silnika, a więc zamiast świeżego powietrza, które kojarzyłoby się z bogactwem natury, mamy intensywny zapach ropy. W programie na dziś były kajaki (45 min po zatoce) bardzo przyjemne doznanie, cisza, spokój, cudny krajobraz dookoła….Wiosłujący mąż i ja bez pośpiechu podziwiająca otaczający nas pejzaż, próbując jednocześnie zatrzymać obraz migawką z telefonu, aby zgodnie z założeniem tego bloga to co piękne, a ulotne pozostało na dużej…

Popłynęliśmy również dzisiaj na wyspę Ti Top pomijając plaże i możliwość kąpieli jest tam taras widokowy, który wymaga uruchomienia kondycji, ale wart jest poświęceń. Widoki z góry przecudne… Oczywiście wiele zależy od pogody, która często bywa tu kapryśnie, ale mieliśmy szczęście i mimo mało optymistycznych prognoz świeciło słońce i było piękne bezchmurne niebo, co dało też dobrą widoczność i pozwoliło cieszyć się cudem natury…

Zatoka Ha Long – widok z tarasu na wyspie Ti Top
Wyspa TiTop

W drodze na wyspę Ti Top minęliśmy kilka lokalnych sklepów na łodzi, niektóre nawet podpływały do nas i proponowały swoje produkty, taki iście lokalny klimat na pocztówkę z Wietnamu.

Sklep na wodzie

Wieczór i noc spędzamy na łodzi. Przed kolacją krótka lekcja gotowania sajgonek, a potem degustacje lokalnego menu.

04.03.19 (Zatoka Ha Long)

Poranek w Zatoce Ha Long spowity mgłą i przywitał nas deszczem. Po śniadaniu pojechaliśmy zwiedzać jedną z największych jaskiń Hang Sung Sot – Jaskinia Zadziwienia. Grotę wypełniają formacje krasowe o wyjątkowych kształtach małpy, żółwia, Buddy i innych postaci. Oczywiście trzeba uruchomić odrobine wyobraźni, żeby je zobaczyć. Jak w przypadku fragmentu formacji skalnej, którą nasz wietnamski przewodnik nazwał „turystą, któremu zwisają nogi i mówi, że tu zostaje na zawsze”

„Turysta któremu zwisają nogi”
Jaskinia Hang Sung Sot
Zatoka Ha Long
Kutry rybackie w zatoce Ha Long
Zatoka Ha Long

Po lunchu opuszczamy Zatokę Ha Long z poczuciem dużego niedosytu, wszak nie zobaczyliśmy tego na czym nam najbardziej zależało: wiosek na wodzie. Okazuje się, że zawiodło lokalne biuro w którym wykupiliśmy wycieczkę, bowiem umieściło tą atrakcje w swojej ofercie nie precyzując na której łodzi można liczyć na takowy punkt programu. Ogólnie Zatoka Ha Long jest piękna, niestety mam nieodparte wrażenie, że naturę zaczyna wypierać rządzą pieniądza. Jest to olbrzymi przemysł turystyczny, zdominowany przez kilka większych firm i bez korzystania z ich usług nie da się tu nic zobaczyć, niczym mafia. Ceny są mocno przerysowane w świetle całego Wietnamu. Łodzie są okupowane głównie przez emerytów lub młodych ludzi nastawionych na imprezowanie, a tu by się chciało samemu i swoim tempem…

Port w Zatoce Ha Long

W drodze powrotnej do Hanoi trochę odsypialiśmy, trochę obserwowaliśmy. Tym razem moją uwagę przykuła architektura miejsc. Zdecydowana większość budynków to bardzo wąskie z przodu i głębokie budowle. Z tego co nam wiadomo jest to wynik prawa podatkowego, podatek liczony jest od powierzchni przedniej elewacji (dostęp do drogi) każdy chce płacić jak najmniej, a więc buduje się wąskie, a głębokie domy.

Przykładowe budynki mieszkalne po drodze do Hoian

Do hotelu wracamy późnym popołudniem. Po drodze próbujemy wymienić walutę w lokalnych bankach, niestety nie jest to takie proste jak nam się wydawało. Problem z językiem angielskim urzędników, ale tu za ich przykładem z pomocą przychodzi translator. W konsekwencji okazuje się, że i tak nie wszystkie banki wymieniają EURO na lokalną walutę, poza tym pora późna i większość tego typu placówek jest już zamknięta. Po ponownym zameldowaniu w hotelu i szybkim odświeżeniu udaliśmy się na kolacje do lokalnego rodzinnego baru. Jedzenie bardzo dobre, lokal schludny i czysty jak na tutejsze warunki. Po kolacji postanowiliśmy odwiedzić nocny market coby nacieszyć oko lokalną egzotyką. Do hotelu wracamy ok 19:00. Jutro przed nami poranna pobudka, około 6:30 przyjeżdża bus, który zabierze nas na dwodniową wycieczkę po Sa Pa.

Targ w Hanoi
Okolice Starego Miasta Hanoi
Targ w Hanoi

05.03.19 (Hanoi / Sa Pa)

5:00 nad ranem, wstajemy skoro świt. Za oknem widać, że Hanoi również budzi się do życia. Toaleta, formalności hotelowe i długie czekanie na busa. Na szczęście nie byliśmy sami z tym problemem. Sofi, wspaniała kobieta z recepcji hotelowej, niezwykle empatyczna, tak jak i za pierwszym razem wykazała się olbrzymią troską. Była w ciągłym kontakcie z biurem w którym wykupiliśmy wycieczkę, monitorowała nam na bieżąco powody opóźnienia busa, mimo prowiantu jaki otrzymaliśmy na drogę, zaprosiła nas na śniadanie i przepraszała nas za zainstniałą sytuacje w imieniu tamtejszego biura. Po godzinie opóźnienia zjawił się lokalny kierowca, który podrzucił nas do autokaru czekającego przy trasie. Jakież było moje zaskoczenie kiedy przed wejściem musieliśmy zdjąć buty, a moim oczą ukazały się piętrowe kuszetki. Mąż dostał miejscowókę na pięterku mniej więcej środek autobusu, ja trafiłam na sam koniec autobusu na parterze, w towarzystwie wietnamskiej rodziny z dwójką dzieci.

Z Hanoi do SaPa jest 320 km. Ostatni odcinek drogi jest dość kręty i stromy, za to wypełniony pięknymi widokami, które trochę rekompensują mrożąca krew w żyłach jazdę wietnamskich kierowców. Do celu dojeżdżamy około 14;00. Po lunchu czeka na nas „niespodzianka” zarezerwowany wcześniej hotel okazuje się być wielki i pusty, panie na recepcji nie mówią po angielsku, a przypisany nam pokój nie jest posprzątany. Pospiesznie wracamy do hotelu w którym operator wycieczki gwarantował nam lunch. Na szczęście są jeszcze wolne pokoje i udaje nam się zakwaterować na miejscu wśród pozostałych uczestników wycieczki.

Lunch. Przewodnik po SaPa. Hotel. Widok z okna

Sa Pa nasz kolejny punkt z folderów turystycznych, jest to centrum mniejszości etnicznej w Wietnamie. Zamieszkała tu ludność porozumiewa się własnymi dialektami, wyznaje swoje religie, posiada charakterystyczne stroje i architekturę. Pięknie położenie miejsce, ponad 1600 m n.p., pola ryżowe i malownicze wioski, serwują niezapomniane widoki…

W drodze do CatCat
Widok na osadę CatCat
Widok na osadę CatCat
Osada CatCat

Naszym pierwszym punktem programu jest osada Cat Cat w dolinie Muong Hoa. Tereny zamieszkałe są przez Homongów. Żyją z roli i sprzedaży rękodzieł. Sadzi się tu przede wszystkim ryż i kukurydzę. Naszym przewodnikiem jest lokalna mieszkanka jednej z wiosek, ubrana w regionalny strój i świetnie mówiąca po angielsku. Mimo bardzo skromnych warunków mieszkaniowych, licznego rodzeństwa (10) i niskiego statutu społecznego rodzice postawili na edukacje, co pozwoliło jej obecnie wykonywać prace lokalnego przewodnika i w dużym mierze wspomagać finansowo rodzinę.

Nasza przewodnik po Sa Pa

Nauka w SaPa nie jest obowiązkowa i aż 20% społeczności nie czyta i nie pisze. Dzieci są w zasadzie pozbawione dzieciństwa. Wychowują młodsze rodzeństwo i sprzedają  rękodzieła, zwykle same ubrane są w lokalny strój. Można je spotkać w mieście do późnego wieczora, biegają same lub w towarzystwie dorosłych, jednakże przebywających gdzieś daleko w tle…Brutalna prawda stosowana przez lokalną społeczność: dzieci lepiej sprzedają, biorą turystów na litość. I choć na ogół wyglądają na beztroskie i szczęśliwe dzieci to w niektórych sytuacjach „serce się kraje” na ich widok…

Wieczór. Pada deszcz, boso dzieci noszą dzieci…

Zbyt szybko przychodzi tutejszym dzieciom porzucić zabawkę i wkroczyć w dorosłość…
Sprzedająca rękodzieła dziewczynka. Późny wieczór
Przypadkiem na ulicy…

Przechodzimy osadę CatCat, wygląda ona na wielką cepelię, złożoną z dziesiątek małych sklepików. Do kupienia są tu regionalne stroje i wszelkiego rodzaju rękodzieła, dużo wśród nich torebek, maskotek, szali i innych włókienniczych wyrobów. Na wielu stoiskach oprócz sprzedaży trwa ciągły proces produkcji rękodzieł. Urzeczona mozolną pracą kupuje dwie nieduże torebki.

Osada CatCat
Regionalne rękodzieła w osadzie CatCat
Nie brakuje też jedzenia…
Kobieta z maleńkim dzieckiem na ręku to częsty widok w osadzie
Osada CatCat

Po drodze mijamy ogrody CatCat gdzie akurat jest „nalot” japońskich turystek, które ubrane w lokalne stroje robią sobie zdjęcia niemal w każdym zakątku ogródka (nie jest to duża powierzchnia). Przy okazji i mnie poprosiły do zdjęcia, niestety ze swoją słowiańską urodą dla Azjatów jestem egzotycznym egzemplarzem i już kilkukrotnie pełniłam tu rolę „misia z Krupówek”…

Japońska turystka
Japońskie turystki w ogrodach CatCat
Ogrody CatCat

Idąc wzdłuż osady CatCat docieramy do wodospadu o tej samej nazwie, malowniczego i równie obleganego przez japońskie turystki pozujące w lokalnych strojach. Natura hojnie obdarowała to miejsce, widoki przecudne…

Wodospad CatCat
Wodospad CatCat
Wodospad CatCat
Wodospad CatCat

Po krótkim odpoczynku udajemy się w kierunku parkingu z którego odbiera nas bus do hotelu. Po drodze, jak i na całej trasie nie brakuje pięknych krajobrazów i lokalnego kolorytu. Dla wzmocnienia wypijam sok z bambusa, całkiem smaczny, choć jak dla mnie trochę za słodki. W głowie mam mnóstwo obrazów i wrażeń, a całej mozaice tutejszego pejzażu, trudno odróżnić mi, które puzzle są lokalną codziennością, a które ustawką pod turystów… Jakkolwiek by nie było to i tak miejsce robi wrażenie i warte jest zobaczenia.

Okolice CatCat
Okolice CatCat
Pranie – ulubiony motyw przewodni…

Do hotelu docieramy około godz 18:00. Odświeżenie, krótki odpoczynek i idziemy na kolacje. Jedzenie bardzo dobre, łagodne jak nie w Azji. Po kolacji z nowo poznaną parą Polaków z Warszawy udajemy się na miasto. Naszym celem jest tutejszy market, niestety pogoda płata nam figla, zaczyna padać deszcz i market się zwija, toteż okupujemy lokalne bary i sklepy.

Market, lokalne bary…

Poczynamy nawet tego wieczoru odzieżowe zakupy, trochę skuszeni ceną, trochę zmuszeni sytuacją. Szybko zmieniająca się pogoda, szczypta słońca, kropla deszczu robią swoje i prowokują do częstszego przebrania. Wieczór kończymy piwkiem na hotelowym tarasie, jest wyjątkowo cicho i przyjemnie mimo lekko padającego deszczu…

06.03.19 (Sa Pa)

Powtórka z rozrywki, tak jak Zatoka Ha Long, tak i SaPa w drugim dniu pobytu wita nas gęstą mgłą i deszczem. Po śniadaniu z lekkim opóźnieniem wynikającym z kłopotów technicznych ruszamy na wycieczkę. Przed nami 10 km trekking z nasza przewodniczką po wioskach żyjącej tu społeczności etnicznej. Do trasy podwozi nas bus. Na miejscu czeka na nas 9 kobiet ubranych w lokalne stroje. To panie z plemienia Hmongów.

Pani z plemienia Hmongów

Przyłączają się do naszej wycieczki i towarzyszą nam przez kilka godzin wędrowania. Po drodze mijamy móstwo cudownych widoków, które pomino nienajlepszej pogody, a co za tym idzie widoczności i tak robią na nas duże wrażenie. Wprawdzie w okolicach SaPa nie ma jeszcze soczystej zieleni pół ryżowych jaką znamy z folderów reklamowych, takowa pojawi się późną wiosną, aby na jesień dokonać zbiorów ryżu, ale i tak jesteśmy zauroczeni okolicą…

Pola ryżowe SaPa
Pola ryżowe SaPa
Serduszko… od Hamongów…
Wspomnienia z drogi…

Panie z plemienia Hamongów zagadują, pomagają przy stromych przejściach, obdarowują nas serduszkami z paproci i konikami zrobionymi podczas drogi. Jednym słowem przygotowują grunt pod sprzedaż, bo jak się później okazuje towarzyszą nam do lunchu gdzie przed podaniem jedzenia z dużym zaangażowaniem prezentują swoje wyroby. Podział na klientów nastąpił najprawdopodobniej już podczas drogi i tak trafiam „w ramiona” pani z trzymiesięcznym dzieckiem na plecach, która dość często mnie zagadywała i miała dla mnie wyciągniętą dłoń oraz baczne oko przy stromym i zabłoconym zejściu z góry. I jak tu nie kupić kiedy ktoś był dla ciebie miły i uczynny, a mówią „że uśmiech nic nie kosztuje”… Tym razem dopinam się do negocjacji szala przez naszych niedawno poznanych kompanów podróży i za ich cenę kupuje inny wzór, ale ten sam format. Gratis zostajemy obdarowani z mężem bransoletkami. I tak dochodzimy do końca procesu sprzedaży, prowadzonego bezbłędnie przez sprzedawców bez kursów i drogich szkoleń. Tu konspekt sprzedaży pisze samo życie…. Nie znaczy to oczywiście, że jesteśmy już „bezpieczni”, bo u dobrego sprzedawcy apetyt rośnie w miarę jedzenia, a skutecznie zamknięty deal to najlepsze podłoże do otworzenia kolejnego procesu, toteż przez najbliższą godzinę jesteśmy notorycznie zagajani przez nowe panie szukające spojrzenia i wspólnego mianownika pozwalającego dokonać sprzedaży.

Dotarliśmy do kolejnej wioski, tu też zjemy lunch…
Prezentacja produktów przed i po lunchu…

 

Widok z okna podczas lunchu…
Przypadkiem uchwycona chwila…

Po lunchu ruszamy w dalszą drogę. Panie z plemienia Hmongów opuszczają naszą grupę. Przejmują nas nowe panie, tym razem z plemienia Dao i towarzyszą nam do końca trekkingu. Podobnie jak wcześniejsza ekipa, próbują zbudować dobrą relacje, ale jest ich mniej i idzie im to oporniej, no i my jesteśmy już pewnie mniej „naiwnie mili”. Oczywiście na koniec prezentują swoje produkty, tyle że nasyceni wczejśniejszymi zakupami nie decydujemy się na żaden produkt. Bywa i tak…

 

Panie z plemienia Dao

Idąc przez wioskę trafiamy do miejsca gdzie przewodniczka pokazuje nam w jaki sposób oddzielane są ziarna ryżu od plew. Woda z strumienia nabiera się do pojemnika, przeciąża i uderza o ziarno. Taka to pełna automatyzacja 🙂

Ręczę tkanie materiału to zajęcie wielu tutejszych kobiet.

Potem mamy okazje zapoznać się z procesem farbowania tkaniny; najpierw rzuciła się do wody liście indygo, na początku jest niebieska, a potem czarna. Wkłada się do tego tkaninę i kilkakrotnie wyciąga i namacza, tak przez 2 dni. Na koniec wystawia się zafarbowaną tkanie na słońce na 30 dni aby utrwalił się kolor. Kobiety, które pracują przy tym procesie mają czarne dłonie.

Następnie zostaje już tylko uszycie. Ze względu na liczne ręczne prace i zdobienia, wykonanie regionalnego stroju zajmuje rok. Bardzoooo długo…

Przechodzimy przez wioskę naszej przewodniczy. Wyglada na to, że dość spontaniczne pyta czy chcemy zobaczyć jej dom ? Czujemy się trochę skrępowani propozycją, ale skoro sama proponuje to niegrzecznie byłoby odmówić. Warunki w jakich mieszka wprawiają nas w osłupienie. Drewniany skromny dom, szpary między deskami. Przed domem suszy się pranie, sporo drewna, kilka misek, ogólnie lekki rozgardiasz. W progu stoi maleńka dziewczynka – siostra naszej pani przewodnik. Mimo tego, że usypia na stojąco jest spokojna, nic nie chce, nie płacze… tylko się przygląda i trze oczy sygnalizując potrzebę snu… Przewodniczka zaprasza nas do środka, organizuje plastikowe krzesła i zaczyna opowiadać, gdzie co jest. W tym skromnym i małym domku mieszkają w 12 osób. Ona, rodzice, dwóch braci i 7 sióstr. W domu nie widać żadnego sprzętu oprócz czajnika do wody. Nie ma tu łazienki i bieżącej wody. U sufitu wisi żarówka na kablu, czuć spaleniznę z ogniska, przed domem spora ilość drewna. W mieszkaniu jest półmrok, nie widać też mebli, jedynie małe plastikowe krzesełeczka i plastikowy stół. Na ścianie wiszą dyplomy dzieci, za ścianą słychać odgłosy kur, z przylegającego do domu kurnika… Po opowieściach na temat swojego domu i rodziny, przewodniczka wyjmuje z jakiegoś schowka kieliszki i butelkę 1,5 po spraycie w której jest wódka ryżowa własnej produkcji, nazywana przez miejscowych „happy water”. Wypijamy po kieliszku i udajemy się w dalszą drogę. Wychodząc mijamy wracającego do domu ojca naszej przewodniczki. Przed domem czekają na nas dwie panie z plemienia Duo. towarzyszące nam w drodze przez wioskę.

Niedaleko od domu naszej przewodniczki mieści się szkoła. Wchodzimy tam na chwile i przyglądamy się zabawom tamtejszych dzieciaków. Dziewczynki skaczą w gumę, ale w większym teamie niż 4 osoby i inaczej niż pamietam to ze swojego dzieciństwa. Chłopcy też mają swoje rozywki.. Szkoła wydała się być miejscem radosnym dla tutejszych dzieciaków i więcej można byłoby dostrzec spontanicznej dziecięcej radości niż na twarzy dzieci próbujących sprzedać lokalne rękodzieła…

Droga przed wioski jest niezwykle barwa, przesycona inną mentalnością, czasem budzi oburzenie, jak na przykład mało humanitarne traktowanie zwierząt, czasem zdziwienie, miesza się z podziwem, że tak można… Trudno przemierzać ten szlak w obojętności… Wzrok nie jest jedynym szalejącym tu zmysłem, co nóż dociera do nas nowy zapach, to suszonych ziół, to ogniska, to jedzenia…czy też inny bliżej nieokreślony. Słońce miesza się z deszczem…radość ze smutkiem i współczuciem… Kończąc trasę mamy w głowie dziesiątki kolorowych obrazów, twarzy, widoków i burzę myśli…

Niewątpliwie SaPa pozostanie w naszych głowach na dużej… Cieszę się, że udało nam się odwiedzi to miejsce zanim stało się jeszcze zupełnym kurortem „ala Zakopane” bo bardzo wyraźnie widać, że lokalna społeczność odchodzi od roli na rzecz turystyki i poczynanie są co nóż nowe inwestycje. 2018 otwarto tu kolejkę na największy szczyt Indochin Fansipan, czyli phan Xi Pang 3143 m n.p.m., zwany też „Dachem Indochin” a obecnie budowana jest nowa droga do skuterów… Sami mieszkańcy nie są tym podobno zachwyceni, większość turystów również, bo jak łatwo się domyślić, wszystko dzieje się kosztem tutejszej przyrody… Wielka szkoda…

Po godzinie 15 opuszczamy SaPa i udajemy się ponownie do Hanoi. Tym razem już normalnym autobusem, aczkolwiek znacznie wygodniejszym niż te, które jeżdżą po Europie. Azjaci są bardzo drobnej postury, wręcz filigranowej, a nie wiedzieć czemu ich autobusy mają znacznie więcej miejsca między siedzeniami, można rozłożyć siedzenie, jest dodatkowy podnóżek… Muszę przyznać, że jest to bardzo wygodne. Do Hanoi dojeżdżamy około godz. 21. Tym razem zostajemy tu na jeden dzień, chcąc bliższej zapoznać się z zakątkami stolicy.

7.03.19 (Hoian)

Wyruszamy po śniadaniu i z hotelu pieszo docieramy do Jeziora Hoan Kiem, tuż przy Nefrowej Świątyni, najważniejszy zabytek jeziora. Dotrzeć można tam jedynie przez drewniany czerwony most The Huc, pożądany przez turystów obiekt fotografii , ale i miejscowi chętnie robią sobie tu sesje zdjęciowe. Przechodząc trafiliśmy na grupę Wietnamek ochoczo pozujących w swoich tradycyjnych strojach Ao dai. Do Świątyni ciągną też tłumy wycieczek szkolnych. Maluszki ubrane są w takie same koszulki i przemieszczając trzymają się za nie, aby się nie pogubić wśród nadciągającego tłumu turystów. Sam świątynia jest niewielka, ale urokliwa i pięknie położona, stanowi miejsce kultu religijnego. W osobnym pomieszczeniu przechowywany jest złowiony w 1967 roku w jeziorze żółw. Szacowano, że gad miał około 400 lat. Poza tym żółwie i smoki to obiekty tutejszych legend i wierzeń, toteż ich symbolikę można spotkać niemal na każdym kroku. Wokół jeziora tętni życie, to miejsce spotkań, wypoczynku, sportu tak-chi oraz innych aktywności, a także pamiątkowych fotografii ślubnych, czy też wielu imprez i festiwali.

Czasu na zwiedzanie niewiele – tylko jeden dzień, toteż decydujemy się na Hop on Hop off – autobus turystyczny. Poza tym jest dość chłodno i samopoczucie nie najlepsze. Coś z tutejszego jedzenia pokonało moją florę bakteryjną i cierpię na boleści żołądkowe, a więc poruszamy się niespiesznie. Trasa naszego turystycznego autobusu wiedzie po największych atrakcjach miasta.

Pierwszym punktem przy którym wysiadamy jest Quán Thanh – Świątynia Niebiańskiego Strażnika. Jest to największa świątynia taoistyczna w stolicy. Wstęp jest płatny, można ją zobaczyć w godz od 8:00 do 17:00. Urokliwa…

Z pozycji autobusu turystycznego obserwujemy miasto i widzimy inne atrakcje stolicy jak na przykład Pałac Prezydenta, ale nie wszystkie interesują nas na tyle abyśmy chcieli wysiąść i podziwiać ich wnętrza. Czas i warunki zdrowotne zmusiły nas do twardej selekcji…

Trân Quôc najstarsza pagoda w Hanoi, zbudowana w VI w., jest kolejnym punktem na naszej mapie atrakcji. Najmłodszą częścią konstrukcji jest duża brama wjazdowa z 1815 roku. Wznosząca się nad budowlą wieża świątynna ma 15 m i składa się z 11 kondygnacji, które mają przypominać płatni lotosu. Trân Quôc jest miejscem kultu religijnego, można tu usłyszeć pieśni buddyjskiej i charakterystyczny dźwięk dzwonków. Niestety kiedy tam przybyliśmy była zamknięta, a na czekanie 2 godziny do jej otwarcia nie bardzo mogliśmy sobie pozwolić. Toteż podziwialiśmy ją jedynie z zewnątrz, a jest co bo Pagoda jest niezwykle pięknie wkomponowana w krajobraz. Otoczona drzewami, wysoka wieża odbija się w tafli wody jeziora niczym w lustrze…img_9766

I tak docieramy do Świątyni Literatury, miejsca które budziło naszą największą ciekawość i chyba też najbardziej nas urzekło… Wzniósł ją w 1070 roku król Ly Thânh Tông dla uczczenia chińskiego filozofa Konfucjusza. To w tych murach powstał w X w pierwszy wietnamski uniwersytet narodowy Quôc Tu Giàm. Uczelnia prezentowała bardzo wysoki poziom, studia trwały 7 lat i początkowo była to uczelnia jedynie dla rodziny królewskiej i arystokracji. Pomimo ciężkich egzaminów była oblegana i każdego roku zgłaszało się tysiące chętnych. Niestety nie przyjmowano kobiet. Studia kończyło zaledwie kilkanaście procent studentów z tytułem doktora, a nazwisko każdego z nich wyryte zostało na kamiennych tablicach, które stoją po dziś. Podobno w samym Hanoi jest ponad 180 świątyń i pagód, jednak to Świątynia Literatury nazywana jest najpiękniejszą i chyba (bo nie widzieliśmy wszystkich) słusznie…

6450d8df-1ba3-4921-9236-070a1c30278a

Ostatnim obiektem do którego chcielibyśmy wejść do środka jest Opera. I tu znowu pech – zamknięta. Pozostaje nam obejrzeć obiekt jedynie z zewnątrz…

Stan mojego zdrowia się pogarsza, decydujemy się wrócić do hotelu. Po drodze zatrzymujemy się na obiad, ja boje się ruszyć czegokolwiek i w ostateczności decyduje się na frytki i herbatkę z imbiru, najbezpieczniej. Po powrocie do hotelu jest tylko gorzej, boli mnie brzuch i jest mi zimno. Drugą polowę dnia spędzamy w hotelu, ja w łóżku w towarzystwie apteczki. Muszę szybko stanąć na nogi bo Laos czeka…

12.03.19 Wietnam (Sajgon)

Nazajutrz wracamy z Laosu do Wietnamu. Tym razem naszym kierunkiem jest Sajgon, biznesowa kolebka tego kraju. Zdecydowanie widać to już na lotnisku po ilości kartek z nazwami firm, których to przedstawicieli przyjechano odebrać z lotniska. Zamawiamy Graba i udajemy się do hotelu. Tu kilka przygód, m.in. chcą zatrzymać nasze paszporty do momentu naszego wyjazdu, na co przezorni się oczywiście nie godzimy, w konsekwencji pobierają kaucje na karcie kredytowej. Hotel tuż przy ruchliwej ulicy, przez najbliższe trzy dni przyjdzie nam się przyzwyczaić się do dzwięków klaksonów, warkotu motocykli i innych pojazdów. Po odświeżeniu ruszamy na miasto.

Zdążyłam już zapomnieć jak to jest iść po chodniku i oglądać się dookoła czy przypadkiem nie nadjeżdża jakiś skuter w kierunku mojej pięty. Niestety szybko przywołano mnie do porządku. Zostałam strąbiona przez kilka skuterów na chodniku dla pieszych, spadł na mnie kabel z góry przechodząc nieopodal naprawy awarii elektrycznej, kilkakrotnie przejechałby mnie skuter na przejściu do pieszych, jednym słowem gdyby nie mój mąż to chyba straciłabym tu życie… Na dzień dobry udaliśmy się na obiad. Trafiliśmy do czegoś w rodzaju sieciówki z olbrzymią ilością stolików detygowanych głównie do lokalnych mieszkańców, bo menu nie było przetłumaczone na język angielski. Po obrazkach wybieramy dwa dania i na migi dogadujemy się z kelnerką lub kelnerem (mamy wątpliwości co do płci) który/a ni w ząb nie mówił/a po angielsku. To co dostajemy o dziwo bardzo nam smakuje, jest pyszne i tanie.

Posileni udajemy się na poszukiwanie biura podróży, gdyż zależy nam na odwiedzeniu delty Mekongu w dniu jutrzejszym. Mimo sporego kawałka, który przeszliśmy biura podróży jak nie było, tak nie ma… Po drodze zatrzymujemy się przy: Pałacu Zjednoczenia znanym również jako Pałacem Niepodległości, Bazylikce katedralnej Notre-Dame, aż w konsekwencji trafiamy do Głównego Budynku Poczty, notabene bardzo ładnego i będącego jedną z atrakcyjniejszych punktów programu dla zwiedzających.

Tu w końcu znajdujemy biuro podróży organizujące lokalne wycieczki. Po krótkich przemyśleniach wybierajmy wycieczkę do delty Mekongu, tylko my we dwoje i przewodnik. Do hotelu wracamy Grabem za 5 zł, nie mamy już siły chodzić. Mimo wieczoru, duchota jest niemiłosierna.

13.03.19 Sajgon (Delta Mekongu)

Wstajemy o 5:00, w końcu mamy wakacje:) Przed 6:00 idziemy na śniadanie, wybór marny, same dania pod Chińczyków, a to nie jest nasza ulubiona kuchnia. Dobrze, że istnieją owoce. Delikatnie zawiedzeni schodzimy na dół i czekamy na kierowcę. Punktualnie o godz 7;00 wpada przewodnik – gaduła jakich mało, kierowca czeka w samochodzie. Okazuje się, że nasza wycieczka odbędzie się w bardzo komfortowych warunkach. Jedziemy w czwórkę (kierowca, przewodnik i my) klimatyzowaną Toyota, przed nami 2 godziny drogi. Pora wczesna i powieka szybko opada, udaje nam się nawet zasnąć, a więc niezwykle szybko znajdujemy się u celu. Pierwszy punkt programu to oczywiście market na wodzie, a raczej jego pozostałości, bo prawdziwe handlowanie ma tu miejsce między godziną 5;00 a 7:00, a może nawet wcześniej. Sprzedawane są tylko ilości hurtowe, najmniej 10 kg. Pozostałości marketu zwiedzamy w czwórkę, dużą łodzią, którą nasz przewodnik pieszczotliwie nazywa „Titanikiem”. Podpływały do jednego z tutejszych marketów, sprzedawczyni zaprzyjaźniona z przewodnikiem pozwala nam wejść do środka. Dostajemy wodę kokosową i kupujemy owoce. No i oczywiście robimy kilka zdjęć.

Kolejnym punktem programu są pasieki, gdzie mamy przyjemność zakosztować herbatki z miodem i limonką. Oczywiście jak się nie trudno domyślić wszędzie chodzi o to aby coś sprzedać „bogatemu turyście z Europy”. Jednakże my dość oporni na emocje sprzedażowe nie ulegamy takowej presji i ruszamy dalej. Tym razem kolejna okazja do kupna, manufaktura cukierków kokosowych i wszelakich ryżowych przetworów. Na wejściu dwa duże Pytony w klatce i stoisko z lokalną wódką, w środku milusiński w postaci węża, jaszczurki czy innego gada. Krok po kroku pokazują nam proces produkcji. Maszyny bardzo proste, zero elektroniki, typowa manufaktura.

Kolejny gwóźdź programu to lokalny ogród rozmaitości i lokalne wyroby ratanowe gdzie dwie sympatyczne panie z naszą pomocą tworzą dla nas bransoletki. Potem tutejsze karaoke, bardzo popularne w Wietnamie, jednakże mentalnie totalnie inne od naszego. Śpiewającemu panu co chwile ktoś wręczał „sztuczną róże” które były dostarczane przez personel na stoliki. Nie pojęliśmy celu tego przedsięwzięcia, ale niewątpliwie było one mocno powiązane z występem odważnego ochotnika. Dość szybko opuszczamy to miejsce, jak dla nas trochę nudne.

Następny punkt wycieczki jest dla nas zdecydowanie bardziej atrakcyjny, to mini rejs lokalną łodzią po jednym z odpływów Mekongu. Pani sterująca łódką jest ubrana lokalnie, ma nieodzowny element garderoby – kapelusz Non la, my również takowe otrzymujemy i ruszamy. Trasa malownicza, co chwile mijają nas inne tego typu łodzie z turystami, tudzież lokalnymi produktami na pokładzie. Cicho, klimatycznie, choć gorąco to jednak cudnie. Po jakiś 30 minutach wsłuchiwania się w ciszę i podziwiania przybytku natury zachwyceni docieramy do naszej łodzi.

Zwieńczeniem wycieczki jest lunch. Udajemy się w tym celu do gospodarstwa zaprzyjaźnionego z naszym przewodnikiem, położonego tuż nad samym Mekongiem. Posiłek odbywa się na werandzie, świeże powietrze, otaczające nasz dobrodziejstwa natury i jedzonko, serwowane w małych porcjach, ale różnorodne i smaczne. Nakarmiwszy swoje brzuszki, usatysfakcjonowani wrażeniami kończymy naszą wycieczkę i wracamy do Sajgonu.

W drodze powrotnej po raz kolejny zasypiamy, toteż chcąc nabrać „mocy” na dalszą część dnia, po powrocie do Sajgonu pierwsze kroki kierujemy do Starbucksa. Wzmocnieni dobrą kawką i zaopatrzeni w lokalnym sklepie udajemy się do hotelu na popołudniowy relaks, wszak żar leje się z nieba i chodzenie po mieście staje się mało przyjemne. Wychylamy głowy ponowie po 17;00. Nagrywamy krótki reportaż męża o tym jak to się jeździ w Sajgonie i udajemy się na kolacje. Trafiamy do restauracji podobnej do ostatniej sieciówki, aczkolwiek o kilka klas wyżej. Widać to po wystroju, obsłudze i menu. Wybieram makaron ryżowy z owocami morza, mąż z wołowiną. Przed nami duże akwaria, dość popularne w Sajgonie, w nich ryby, kraby itp. Można sobie wybrać daną sztukę, po czym zostaje ona zaważona i trafia do kuchni, a w ostateczności na talerz klienta. Dania które dostajemy wyglądają dobrze, są bardzo obfite i świetnie smakują, mimo tego porcja jest tak duża, że nie udaje mi się jej zjeść w całości. Jako turyści z Europy, przykuwały oczywiście wzrok obsługi i lokalnych klientów, a szczególnie ja jawie im się tu jako egzotyka, blondynka o słowiańskiej urodzie wśród Azjatów. Proponują mi nawet nóż i widelec, z góry zakładając że pałeczki nie są dla mnie, ale ja wyszkolona w obsłudze tychże narzędzi przez męża, miłośnika sushi nie składam broni i wiosłuje cały posiłek pałeczkami. Po posiłku, usatysfakcjonowani kulinarnie wracamy do hotelu odpocząć po dniu pełnym wrażeń.

14.03.29 Sajgon

Początkowo myśleliśmy o kolejnej wycieczce poza miasto, ale widząc prognozę pogody, nieco chłodniej bo 33 a 40 stopni i lekko pochmurnie, postanawiamy zostać i zwiedzać miasto. Wybraliśmy pięć punktów, które chcieliśmy zobaczyć. Zamawiamy więc Graba i udajemy się do pierwszego z nich. Jest to skansen Binh Quoi Village położony na obrzeżach miasta, nad samym Mekongiem . Co dziwne nie ma tego miejsca w przewodnikach, nie spotkałam go też na innych blogach, a przypadkiem znaleźliśmy je na TripAdvisorze. Skansen jest bardzo ładnie zaprojektowany, pokazuje wietnamską wieść „w czystym wydaniu” bez całego olbrzymiego chaosu jaki towarzyszy rzeczywistości, urozmaicony różnymi odmianami roślin, ryżem pokazanym na każdym etapie uprawy od sadzonek po kłosy zbóż.

Dużo jest stawów pełnych całkiem okazałych ryb, mostków, ławeczek… Miejsce jest niezwykle zadbane, czyste i pozbawione turystów. Można tu doskonale odpocząć od zgiełku zatłoczonego i głośnego miasta. Opuszczamy skansen pod dużym wrażeniem tego co zobaczyliśmy….

Kolejny punkt programu jest również przypadkowy – Artinus 3D Art Museum, nigdy nie byliśmy w takim miejscu, toteż zaintrygowani pozytywnymi recenzjami postanawiamy je odwiedzić, a że to przeciwny koniec miasta to znów Grab przychodzi z pomocą. Jakże prostsze jest podróżowanie z telefonem wyposażonym w Internet i niezbędne aplikacje, wygoda i olbrzymia oszczędność czasu. Docieramy na miejsce, kupujemy bilet i zostawiamy w szatni buty. Chodzi się tu na bosaka lub w skarpetkach. Są tu przeróżne scenerie do zdjęć 3D począwszy od kontaktu z dzikim zwierzęciem, przez sceny i krajobrazy charakterystyczne do Wietnamu, po bohaterów bajek i słynne obrazy, w których można zaistnieć chociaż na fotografii. To co istotne to trzeba się tu udać conajmniej w parze, aby miał kto zrobić nam zdjęcie, a najlepiej w 3 -4 osoby, bo dużo jest ciekawych motywów dla par. Efekt zrobionego zdjęcia urzeka, a zabawa jest przednia.

Z galerii udajemy się do centrum miasta, wypadałoby zobaczyć jego reprezentacyjny deptak z wodzem na czele Ho Chi Minh Squares.

Miejsce niczym nas nie urzeka, być może jest to wina pory obiadowej, bo Sajgon jak każde wietnamskie miasto ożywa nocą. Niewiele się tu dzieje, sporo sklepów ekskluzywnych marek i restauracji, mniej lub bardziej prestiżowych. Wybieramy jedno z takich miejsc i udajemy się na obiad. I tu pierwsza wtopa w Wietnamie, wśród trzech zamówionych dań, jedno po spróbowaniu zostawiamy. Niby jest to makaron, ichniejsze ziółka i warzywa, ale wszystko to mocno skropione rybnym sosem, zdecydowanie nie przypadającym do gustu naszym kubkom smakowym. Po obiedzie z racji bliskości miejsca udajemy się do Muzeum Pozostałości Wojnnych – Nha Trung Bay Toi Ac Chien Tranh. Przed wejściem sporo wycieczek, ale zakup biletów idzie sprawie. Muzeum usytuowane jest na trzech piętrach, tematycznie podzielonych co odzwierciedlają ponumerowane sale. Powinno się je zwiedzać od góry. Wśród eksponatów zasadniczą część stanowią zdjęcia i plakaty. Niektóre fotografie są tak brutalne, że trudno im się dłużej przyglądać. W głowie cały bukiet emocji, buntu i pytanie „dlaczego?” i „po co?” Ludzie ludziom gotują taki los… Tragiczne efekty wojny w Wietnamie widać na ulicy do dziś. Teren został skażony na dziesięciolecia, ilość osób poszkodowanych, bez nóg, bez rąk, karły i wiele innych deformacji ciała jest ogromna. Nie brakuje też terenów gdzie strach się poruszać, bo wciąż obecne są tam miny, które w każdej chwili mogą wybuchnąć. Tego okrucieństwa nie można wytłumaczyć w żaden sposób, czy też w jakikolwiek sposób usprawiedliwić…

Na koniec odwiedzamy Bitexco Financial Tower – Saigon Skydeck, tam wjeżdżamy na taras widokowy i odwiedzamy Muzeum Heinekena. Pokrótce zostaje nam pokazany proces produkcji piwa, wszystko to odbywa się multimedialnie z wykorzystaniem akcesoriów budzących emocje, wszak o dobre wrażenie i sprzedaż piwa chodzi. W niespełna godzinę, jak na duży koncern przystało „ryją nam beret” próbując pobudzić wszelkie zmysły i tak: oglądamy film o kampanii piwowarskiej w 4D, gramy w piłkę oraz piłkarzyki (to dygresja do sponsoringu popularnych imprez) mąż gra w wyścigi,  uczymy się nalewać piwa, a następnie w gratisie dostajemy po dwa piwa, chipsy i wodę, a coby tej identyfikacji z marką było jeszcze mało to na koniec otrzymujemy po butelce piwa na wynos gdzie na standardowej etykiecie jest również nasze imię.

Po wyjściu z Heinekena zamawiamy Graba i udajemy się do hotelu, chcemy trochę się odświeżyć i odpocząć po intensywnym dniu. Na kolacje wychodzimy do lokalu który odwiedziliśmy pierwszego dnia. Jest blisko, duży przemiał, sami miejscowi, dobre ceny i co najważniejsze pyszne jedzenie. Na pożegnanie z Wietnamem robimy sobie dużą ucztę i zamawiamy kilka dań, a wszystko to za jedynie 80 zł Wszystko pyszne, a my z trudem „toczymy” się do hotelu. Na szczęście jutro wylot w godzinach popołudniowych to będzie chwila, na to aby odpocząć od wrażeń i jedzenia…

15.03.19 Hoi An (wakacje)

Po leniwym poranku w Sajgonie, około godziny 17:30 docieramy do naszego hotelu w Hoi An. Nasze wrażenia są mieszane, cicho, ciemno, głucho i nie bardzo nam się podoba… Mąż ubolewa, że po drodze było tyle luksusowych resortów w których mogliśmy odpocząć, choć moim zdaniem nasz hotel jest ok. Nie jest to „all inclusive”, ale nie mamy na co narzekać. Po zameldowaniu i odświeżeniu ruszamy na kolacje. Okolica spokojna, ale dość ponura, wybieramy miejsce w pobliżu z dobrymi recenzjami. Jedzenie dobre, aczkolwiek do tego co jedliśmy w Sajgonie się „nie umywa”. Po kolacji wracamy do hotelu, dzień niby leniwy, a może i przez to męczący, toteż szybko zasypiamy…

16.03.19 (Hoi An wakacje)

Leniuchujemy o poranku i na śniadanie wybieramy się dopiero około 9:00 co jak się okazuje nie jest dobrym pomysłem bo połowy rzeczy już nie ma, a z uzupełnieniem różnie bywa. Reasumując nie spieszy im się. Po śniadaniu godzinny relaks nad basenem i jedziemy na plaże busem hotelowym w ramach darmowych kursów na plaże i do centrum. Plaża hotelowa niewielka, tuż przy niej bar, jak nie trudno się domyśleć z cenami znacznie odbiegającymi od powszechnie spotykanych. Ja nadrabiam zaległości blogowe, mąż relaksuje się wśród fal morza Południowochińskiego. Słońce wydawałoby się leniwe, przez godzinę zdołało mocno odbić swoją obecność na moim ciele. Spędzamy tu czas do 13:15 po czym wracamy do hotelu.

Po powrocie spędzamy jeszcze chwile nad basenem. Woda, drinki, leżak… po czym udajemy się Grabem do restauracji poleconej przez znajomych z Polski. Jedzenie pyszne, trochę jesteśmy zaskoczeni rachunkiem, ale okazuje się, że jest to wynik ryby, która jako jedyna nie miała ceny. Cóż, trzeba było zapytać przed złożeniem zamówienia… Ważne że smakowała… Posileni zamawiamy Graba i jedziemy do centrum, a tam prawdziwe tłumy. Szczerze mówiąc, aż takiej ilości turystów się nie spodziewaliśmy. Stare miasto przeurocze, niska zabudowa, pełne kolorowych lampionów, będących niejako symbolem Hoi An, nie brakuje buddyjskich świątyń, uroczych galery i klimatycznych kawiarenek. Ruch uliczny na starym mieście jest ograniczony dla samochodów, dominują riksze, od czasu do czasu przejedzie jakiś skuter. Aż trudno uwierzyć, że Hoi An swój urok miasta i wpisanie go na listę światowego dziedzictwa UNESCO zawdzięcza polskiemu architektowi Kazimierzowi Kwiatkowskiemu, który spędził tu część swojego życia, maksymalnie angażując się w ratowanie tutejszych zabytków. W podziękowaniu doczekał się pomnika, który mieści się w centrum starego miasta, niedaleko Mostu Japońskiego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W mieście mnóstwo jest zakładów krawieckich i szewskich, wszach słynie ono z szycia dowolnie wybranego stroju w ciągu 2-3 dni. Faktycznie sklepy z materiałami, butami i gotową odzieżą, są niemal na każdym kroku. Wieczorem od godziny 18:00 jest tu nocny market, a na nim wszystko co dusza zapragnie, pamiątki, odzież, warzywa, owoce, soki, grill, lamiony i tysiące innych produktów. Sprzedawcy są niezwykle upierdliwi, na każdego Europejczyka patrzą przez pryzmat pieniędzy, trudno jest tu cokolwiek obejrzeć w spokoju, bo od razu pytają „w czym mogą pomóc?” „jaki rozmiar potrzebujesz?” „jaki kolor ?” itp. A spróbuj się czymś zainteresować, spytać o cenę i odejść, wówczas bięgną za tobą z kalkuratorem wybijając co nóż nową, niższą cenę. Niestety jest to jedyny sposób, aby się zorientować co ile kosztuje, nie ma tu zwyczaju wyceniania produktów. Przez środek miasta płynie rzeka, po niej pływają łodzie z turystami, a jak tylko zapada zmrok widać mnóstwo świateł i pływających świec. To taki tutejszy zwyczaj, świecie sprzedawane są przez starsze Panie tuż przy słynnym mostku. Puszczenie świecy na wodę to podziękowanie dla prodków za obiekę nad nami i niejako zapewnienie sobie szczęścia i bogactwa. Samo miasto jest urocze, ale nadmiar turystów powoduje, że męczące, jak zrobi się zmrok i zapalą liczne lamiony trudno w spokoju przejść przez ulice. Nie bardzo lubimy zaludnione miejsca, jak to mówi mój mąż „jesteśmy jak koty i chodzimy swoimy scieżkami” najchętniej pustymi, toteż jak na kobietę przystało dokonuje szybkiego zakupu sukienki i Grabem wrcamy do hotelu, wieczór spędzamy leniwie…   

18-19.03.19 (Hai An wakacje)

To czas na odpoczynek, czasem aktywny jak na przykład wycieczka rowerowa po okolicy, czasem leniwy: basen, plaża, fale, drinki, książka i błogie lenistwo… Na wycieczce rowejowej odwiedzamy palmową plażę, port rybacki i wydzimy coś co marzyło nam się od początu tego wyjazdu – rybacki dom na wodzie. Odwiedzamy również Stare miasto w Hoi An i „rozkoszujemy” się przyjemnością robienia zakupów, w zasadzie to tylko ja bo dla mężą jest to męczący „obowiązek”, nie czerpie z tego przyjemność – wprost przeciwie, ale robi to dla mnie, za co jestem mu wdzięczna. Spacerując leniwie poza godzinnami największego ruchu w tym mieście, czyli przed południem odkrywamy i rejestrujemy w głowie oraz na fotografii mnóstwo przecudnych obrazów, coś czego nie widać kiedy tłumy depczą ci po piętach i palcach. Bez tłumu turystów to miasto to prawdziwa perełka. Ostatnie dni to również czas degustatcji tutejszych potraw, aby nie powiedzieć obżastwa. Nie spodziewaliśmy się, że wietnamska kuchnia tak bardzo przypadnie nam do gustu. To od Malezji oczekiwaliśmy „rozkoszy” podniebienia, tymczasem to Wietnam okazał się jak do tej pory moim numerem jeden, bo dla męża zapewne było to suhi w Japonii i zważywszy na preferencje smkowe, nie sądzę, aby cokolwiek, kiedykolwiek to przebiło. Zbliża się czas wyjazdu i pora podsumować wyjazd, tak ogólnie bo poszczególnych aspektach, które zwróciły naszą uwagę już pisałam. Wyjeżdżając do Witnamu byłam pełna obaw, czy to nie będzie stracony czas i pienądze, czy nie zobaczymy drugej Malezji. Moje obawy szybko się rozwiały, a sam Wietnam niezwykle pozytywnie mnie zaskoczył swoją egzotyką. Nie jest to miejsce w którym chciałabym żyć, bałagan i chaos byłby dla mnie nie do zniesienia, ale jest to descynacja do której chętnie wrócę, a w zasadzie jeden punkt na mapie Wietnamu jest miejscem w którym czułam spory niedosyt i chciłabym tu pobyć dużej – Sa Pa… Zachwycający był też Laos, dzikość tego miejsca… To tu po raz pierwszy wśród swoich podróży byliśmy w autentycznych wnioskach społeczności etnicznych i mieliśmy okazję obserwować ich życie i była to dla nas prawdziwa lekcja pokory. Tu też przyglądaliśmy się zachowaniom i rytuałom Buddystów i na codzień i na potrzeby turysty… Reasumując to najdłuży i najbardziej egzotyczny wyjazd na naszej mapie wspomnień, niewątpliwie pozstanie z nami na dłużej, a niektóre obrazy już na zawsze…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Malezja i Singapur

22 – 23.03.2018

22 marca Wylatujemy z Warszawy do Malezji, z przesiadką i całodniowym pobytem w Katarze w Doha. Na miejscu korzystamy z promocji lini lotniczych Katar i bookujemy się bezpłatnie w hotelu Marriot. Pokój mamy na 40 pietrze, pozwala nam to nie tylko wypocząć po zarwanej nocy, ale i podziwiać widoki zapierajace dech w piersiach, jakże rozwiniętego, bogatego i architenicznego zadbanego, arabskiego miasta. Mimo szczerych chęci udania się do Old Town i Muzeum Islamu, nie daliśmy rady zmierzyć się z panującym tu upałem i własnym zmęczeniem, tym bardziej że piątki są tu wolne i większość obiektów jest zamkniętych. Jedyny otwarty obiekt w okolicy to galeria handlowa, ale dopiero od 14:00, byliśmy zmuszeni poczekać bo mieliśmy potrzebę odwiedzenia kantoru. W międzyczasie przyglądaliśmy się tutejszemu życiu i lokalnym mieszkańcom, dużo tu tradycji zmieszanej z nowoczesnodcią, ortodoksyjnych Arabów, blichtu i przepychu, mało widoczna klasa średnia, być może wynikało to z faktu, że zatrzymaliśmy się w dzielnicy biznesowej. Na budynkach, samochodach i wszędzie gdzie się da wizerunek obecnego Króla, taka od poprawność polityczna…Do galerii handlowej wchodziliśmy nietypowo, przez garaż, wówczas kiedy była jeszcze zamknięta, po drodze mineliśmy dość duży meczet znajdujący się w podziemiach galerii, wypełniony po brzegi, przed meczetem setki butów, robi wrażenie…Po załatwieniu w galerii tematu kantorowego, obiedzie w jednej z tamtejszych restauracji i deserku w pistaci lodów pistacjowych oraz krótkiej wycieczce po okolicach wygrał sen i wypoczywanie przed kolejnym nocnym lotem z Doha do Pennang w Malezji.

24.03.2019

23 marca, a w zasadzie to już 24 bo lot mamy w środku nocy lecimy do Pennang Malezja, aby jedynie przywitać się z Malezją i kolejnego wieczoru znów wznieść się w powietrze w kierunku Singapuru. W Pennang wylądowaliśmy popołudniu czasu lokalnego, udaliśmy się do hotelu, szybkie odświeżenie i kierunek: miasto. Wychodząc z hotelu trafiliśmy na hinduskie wesele, goście się już rozchodzili, ale zdążyliśmy złożyć życzenia i dostać prezenty pożegnalne: lokalne słodycze i ugotowane jajo kurze, ulokowane na zdobionej łodydze, które w lokalnej kulturze jest symbolem płodności, Para Młodych rozdaje je, aby cieszyć się licznym potomstwem…


W poszukiwaniu miejsca na obiad, mijamy szereg lokalnych barów i straganów z lokalnym jedzeniem, których standard daleko odbiega od wymogów polskiego Sanepidu. Nie zachęca to ani zmysłów wzroku ani węchu do spożywania posiłku, choć głód i też ciekawość tutejszych smaków doskwiera …

W końcu decydujemy się na posiłek w loklnym barze w pobliżu galerii handlowej. Nasze zainteresowanie przykuwa znajoma nazwa, zupa Tom Yum, którą jadamy w Polsce, ba nawet sami gotujemy. Oczywiście prosimy „no spicy”. Dostajemy ponoć werje łagodną, widocznie to pojęcie ma tutaj zupełnie inne znaczenie….

Odwiedzamy jeszcze tutejszy market i kilka straganów, po czym dopada nas senność wynikająca ze zmiany czasu i stosunkowo wcześnie udajemy się do pokoju hotelowego. Wszak wcześnie rano wylatujemy do Singapuru. Sen przy przychodzi wcześnie w towarzystwie głośnych dźwięków modłów dobiegających z pobliskiego meczetu. Malezja to miejsce wielu kultur, chyba jedno z nielicznych gdzie w zgodzie żyją ze sobą Myzumanie, Hindusi, Buddyści, Chrześcijanie i wyznawcy innych religi…

25.03.18

O godz 10.15 rano lądujemy w Singapurze. Pierwsze co nas udarze już na lotnisku to mega porządek i dyscyplina. Pierwszy raz w życiu widzę, aby na lotnisku był pracownik odpowiedzialny m.in za to aby kolejka do odprawy paszportowej stała równo. Cały czas kogoś poprawiał, pouczał… Na całym lotnisku na podłodze wykładzina dywanowa, wszystko wydmuchanych i wychuchane…

Do hotelu zamawiamy Ubera. Jedziemy około 30 minut, mijamy miasto czyste, bardzo bogate w roślinność, dużo nie tylko drzew, krzewów ale i kwiatów.

Kierowca opowiada nam trochę o mieście, gdzie pójść, gdzie zjeść… Okazuje się, że nasz hotel ulokowany jest na przeciwko miejsca w którym jest najtańsze a zarazem bardzo dobre jedzenie: Golden Mile, a że do hotelu przyjeżdżamy przed czasem i nie da się wcześniej zameldować, zostawiamy walizki i wybieramy się tam na pierwszy posiłek w tym mieście / państwie.

Swoją drogą Golden Mile wystąpiło również w polskiej edycji Master Chef, jako jedno miejsc którym smakami mieli się zainspirować Uczestnicy programu. Najlepsze, że jedna z tych lokalnych „budek gastronomicznych” ma gwiazdę Michelin 🙂

Po zameldowaniu w hotelu wyruszamy na miasto. Ze względu na krótki czas pobytu i posiadane karty, które uprawniają nas do darmowego korzystania z turystycznych atobusów jeżdżących po Singapurze, postanawiamy za ich pośrednictwem zobaczyć ogólnie miasto, a potem wrócić w te miejsca, które szczególnie przykuły naszą uwagę. Zaczynamy od linii czerwonej, która kursuje po centrum i tak mamy okazję zobaczyć: dzielnice Małe Indie, mieszankę aromatów i barw. Sklepy z przyprawami, kadzidełkami, przejmują władze nad zmysłem węchu. Ucztą dla oczu są stoiska z barwnym, tradycyjnym ubiorem hinduskich kobiet i kolorową biżuterią. Zakupowym rajem Małych Indii jest ulica Serangoon Road i znajdujące się obok, olbrzymie centrum handlowe Mustafa, oferujące cały przekrój asortymentowych, od produktów spożywczych, po kosmetyki, książki, usługi turystyczne itd. Małe Indie to też świątynie, jedna z najstarszych świątyń to Sir Veerama-kaliamman z 1881 roku, poświęcona bogini Kali, pani czasu i śmierci.

Siostrzaną dzielnicą Małych Indii jest Chinatown, przeznaczona dla ludności chińskiej. Sercem chińskiej dzielnicy jest Kreat Ayer. Reprezentacyjna Pagoda Street obwieszona czerwonymi lampionami, uliczka wypełniona jest sklepikami z pamiątkami, ubraniami i wszelkimi innymi drobiazgami. Chainatown to pamiątkowy raj i orientalne szaleństwo. Targowiska, sklepy, stoiska, wózki z jedzeniem, muzea, świątynie…Reasumując, można tu znaleźć niemal wszystko…

Tam, gdzie Pagoda Street łączy się z South Bridge Street stoi najstarsza świątynia hinduska to Sir Mariamman, poświęcona bogini chroniącej przed chorobami, niemieszkaliśmy ją odwiedzić.

Przejechaliśmy również przez centrum Singapuru, gdzie ciągnie się długa na ponad 2 km i reprezentacyjna ulica Orchard Road. To na tej ulicy mieści się siedziba prezydenta zwana Istana. Mimo, że jest to oficjalna siedziba, to prezydent tu nie mieszka i budynek pełni funkcje reprezentacyjną. Kilka razy w roku można zwiedzać pałac, a w pierwszą niedzielę miesiąca odbyła się przed Istaną uroczysta zmiana wart przy udziale Orkiestry Sił Zbrojnych Singapuru, niestety byliśmy w innym terminie i nie mogliśmy tego zobaczyć. Na Orchard Road mieszczą się butki ekskluzywnych marek, drogie restauracje i inne atrakcje dla zamożnych mieszkańców Singapuru i nie tylko…

Tego dnia udaje nam się jeszcze zobaczyć dzielnice biznesową – finansowe serce Singapuru. Patrząc na tutejsze drapacze chmur, aż trudno uwierzyć, że Singapur to była kiedyś niewielka wioska rybacka. Dziś to państwo / miasto to prawdziwe imperium biznesowe i finansowe, w którym chcą się znaleźć najwięksi światowi inwestorzy.


Na koniec dnia przejeżdżamy przez dzielnice muzumańską, jednocześnie kierując się w stronę naszego hotelu. Po drodze robimy sobie spacer przez Haji Lane, jedną z najbardziej klimatycznych restauracyjno – barowo uliczek Singapuru. Można tu zamówić dania z każdego zakątku świata, aczkolwiek ceny są dość wysokie. Tradycyjna architektura miesza się tu z barwnymi kolorami graffiti i kreatywnym wykończeniem tutejszych lokali gastronomicznych.

Przecznicę dalej mieści się Arab Street, tak różne w swoim klimacie. Ono również może się poszczycić bogatą ofertą gastronomiczną, aczkolwiek miłośnicy alkoholu do posiłku, muszą niestety zadowolić się innym bezalkoholowym trunkiem, wszak w okolicach meczetu istniej zakaz sprzedawania i spożywania alkoholu.

Dzień kończymy relaksując się na basenie, który mieści się na dachu budynku, jest odkryty, toteż można stąd podziwiać piękną panoramę miasta.

26.03.18

Kolejny dzień w Singapurze zaczynam skoro świt, trochę szkoda nam czasu na leniuchowanie, tyle pięknych miejsc przed nami do zobaczenia… Kawka i w drogę…

Udajemy się do centrum i jedną z turystycznych lini udajemy się do zoo, jest nieco oddalone od centrum, ale warte zobaczenia. Na dzień dobry „mała niespodzianka”, wyjątkowo w tym dniu otwarcie zoo opóźnione jest o godzinę ze względu na trwające prace techniczne. No cóż czekamy i przyglądamy się lokalnej społeczności….

Singapurskie zoo usytułowane jest w rezerwacie przyrody i jest domem na ponad 300 gatunków zwierząt. Wybiegi pozbawione są krat i ogrodzeń, zamiast nich stosowane są wodne fosy, bariery wkomponowane w gęstą roślinność lub szklane tafle. Cała aranżacia zoo ma na celu, aby zwierzenia żyły w warunkach jak najbardziej zbliżonych do naturalnych. Toteż część zwierząt cieszy się niemal nieograniczoną swobodą np. Niektóre gatunki małp, a wybiegi łączą się w niemal niezauważalny sposób, u tych tych zwierząt, które również w naturze żyją w symbiozie. To w tym zoo po raz pierwszy na świecie w warunkach tropikalnych urodził się niedźwiedź polarny o imieniu Inuka 🙂 Zoo jest olbrzymie, rozciąga się na 28 ha i nie wszystko udało nam się zobaczyć, ale obowiązkowym zwierzakiem była oczywiście Panda, przeurocze zwierze, można godzinami patrzeć jak się bawią i słodko wcinają bambusa w gigantycznych ilościach.

W singapurskim zoo znajduje się również River Safari poświęcone zwierzętom żyjącym w ekosystemach największych rzek świata: Missisipi, Nilu, Konga, Gangesu, Mekong, Jangcy. Zgromadzono tam ponad 6 tysięcy osobników, w tym 40 gatunków zagrożonych. Miejsce warte zobaczenia.

Kolejny punkt programu dnia to przecudny Gardens by the Bay olbrzymie bo zajmujące 101 ha ogrody, nie sposób przejść całego ogromnego obszaru, zawarzywszy na fakt, że temperatura jest wysoka, toteż warto się ochłodzić w szklanej klimatyzowanej szklarni: The Flower Dome (Kwiatowa Kopuła) miejsce przepiękne, z tysiącem kwiatów, w prześwitach widoczna okazała panorama miasta na czele z słynnym hotelem Marina Bay, znajdującym się tuż obok ogrodów.

W ogrodach trafiliśmy również na wystawę z Kraju Kwitnacej Wiśni i mogliśmy się poczuć jak w Japonii…

Wyspy Zielonego Przylądka – wypoczynek

Kiedy mąż zapytał: „Wyspy Zielonego Przylądka… z czym Ci się kojarzą?” pierwsza myśl to muzyka… Cesaria Evora… nuta tęskna, nostalgiczna i jakże piękna… Jako wieloletnia miłośniczka audycji Marcina Kydryńskiego chyba nie mogłam pomyśleć inaczej… „Co powiesz na to aby spędzić tam Święta i Sylwestra?” – „Jedziemy…” Przed oczyma miałam czarnoskórych biednych, skromnych ale szczęśliwych ludzi, grających, tańczących… i wielką wodę oceanu… moje poczucie wolności…

Trzeba mi wielkiej wody…

Dzień I 23.12.18

8.30 z warszawskiego Targówka wyjechaliśmy na lotnisko Okęcie. Po odprawie standardowo wizyta w saloniku i poranne śniadanko. Potem 10 godzinny lotu z międzylądowaniem na tankowanie w Barcelonie. Na Wyspach Zielonego Przylądka byliśmy o 20:05 uwzględniając 2- dwugodzinną różnicę czasową z Polską. Odprawa i zakup wizy za 25 EUR od osoby poszły nam dość sprawnie tylko i wyłącznie dlatego, że byliśmy na początku kolejki, jak to ma w zwyczaju mój mąż, który błyskawicznie odnajduje się na „nowym lądzie” i wszędzie czuje się „jak w domu”… W przeciwnym wypadku byśmy trochę postali, bo urzędnicy tutaj nigdzie się nie spieszą „no stres”. To co mnie zaskoczyło w drodze do hotelu to całkowita ciemność, zero świateł to pewnie efekt biedy i słabo rozwiniętej infrastruktury. Spora część populacji na wyspie Sal żyje za 40 EUR miesięcznie… to daje do myślenia i budzi smutek…W dużej mierze wynika to z faktu, że teren jest pustynny, nie ma upraw i w zasadzie oprócz ryb, wszelkie produkty są dostarczane na wyspę statkami z innych wysp czy zakątków świata… ale do samej wyspy i jej zakamarków jeszcze wrócę… Po przyjeździe do hotelu zameldowanie, kolacja, lekkie rozczarowanie mojego męża standardem hotelu RIU jak na przyznane 5 gwiazdek, szukanie pocieszenia w poszukiwaniu „swojego drinka” i w konsekwencji mały zawrót głowy tuż przed godziną 24 finalizuje przywitanie z Wyspami Zielonego Przylądka…

Dzień II 24.12.18

24 grudnia… Poranek zaczyna się magicznie… mąż obdarowuje mnie kolejnym charmsem z Pandory, srebrny z niebieską gwiazdką, śliczny, ma nam symbolizować Święta „pierwsza gwiazdka”, kolor niebieski to ocean nad którym będziemy jej wypatrywać wszak w Polsce dzień Wigilii… Przedpołudnie spędzamy na basenie, pogoda nie rozpieszcza, pochmurno… Trochę czytamy, trochę myślami wracam do domu, rodziny… wymieniamy się wiadomościami, zdjęciami, życzeniami… Po południu poznajemy parę Polaków: Anetę i Jarka, urocze małżeństwo z Krakowa. Grunt to dobre towarzystwo i długie Polaków rozmowy…tym razem motywem przewodnim są bliskie naszej czwórce podróże…Planujemy na piątek wycieczkę wkoło wyspy z miejscowym kierowcą, choć to chyba Senegalczyk, sporo ich na wyspie Sal z racji odległości. W hotelu można kupić wycieczkę z niemal identycznym programem po 75 EUR od osoby, od miejscowych po 25 EUR, myśle że różnica warta jest ryzyka…

Mimo sporego wiatru i jak dla mnie chłodu, Janusz z Jarkiem nie mogli się oprzeć urokowi oceanu, woda to dla nich żywioł, bynajmniej dla mojego męża na pewno. Ja z Anetą grzejemy leżaki i gadu, gadu… Potem szybki prysznic i kolacja. Moim głównym przysmakiem są tu ryby, smakują mi bardzo, jak chyba nigdzie dotąd… świeże, dobrze zrobione, pyszne! Wieczór spędzamy wspólnie w towarzystwie muzyki na żywo, notabene w cudownym wykonaniu. Tutejsi mieszkańcy nuty i poczucie rytmu mają zdecydowanie w genach. Ostatnim artystycznym punktem programu jest pokaz lokalnych tańców. Eh… patrząc na lekkość, zwinność i wyczucie każdego najmniejszego taktu, trudno było nie wpaść w kompleksy 🙂 Dobrze, że siedzieliśmy przy stole suto skropionym alkoholem, to zawsze resetuje kompleksy i dodaje pewności 🙂 Dzień zakończyliśmy grubo po północy w szapańskich nastrojach… Aczkolwiek tak nam się tylko wydawało, bo około godziny 2 w nocy czasu lokalnego przebudził nas w pokoju przeraźliwy dźwięk…, ni to cyklada, ni to konik polny… coś tutejszego i bardzo głośnego… Światło… cisza… ciemność… dźwięk… światło… poszukiwania…cisza.., i tak przez godzinę… W ostateczności mąż zdecydował się zadzwonić do recepcji po pomoc. Pan nie był zdziwiony sytuacją, przed godz 3 w nocy udało się namierzyć insekta… i w końcu przyszedł upragniony sen…

Dzień III 25.12.18

To nie Wigilia, a pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia uznawany jest tu za wyjątkowe święto, toteż na wieczór zapowiedziano uroczystą kolacje. Dzień upłynął nam pod znakiem oceanu. To wspaniałe uczucie: leżaczek… plaża…z jednej strony dochodzi do mnie myzyka Wysp Zielonego Przylądka, którą uwielbiam, z drugiej szum fal oceanu niesie ze sobą moje żeglarskie poczucie wolności…, lekki podmuch wiatru i bryza oceanu…, obok kochany mąż, a nad nami słońce nienachalne, trochę leniwe… takie które lubię najbardziej… i jak tu nie kochać życia…

Przed kolacją wybraliśmy się na koncert. Śpiewają głównie po portugalsku lub kreolsku, nic nie rozumiem, ale chłonę tą muzykę jak gąbka i nie mogę się nasycić…jest w niej jakaś tęsknota którą kocham… taka mieszanka portugalskiego fado z muzykalnością i magią Afryki… Po koncercie udajemy się na uroczystą kolację, pełną przepychu… Jest kolorowo, pysznie i trudno dokonać wyboru…

Dzień kończymy w towarzystwie nowo poznanych znajomych, śnieżynkowych występów, jak zwykle pełnych uroczych choreografii i przebojów z lat 80-90-tych – powiało młodością jak i wspomnieniami…

Dzień IV 26.12.18

Jako że jesteśmy typem turysty, który najlepiej czuje się zwiedzając na własną rękę i w swoim tempie, a zorganizowane wakacje traktujemy jako przerwnik pozwalający nie myśleć i wypocząć po ciężkiej pracy, toteż po 3 dniach leniuchowania, kiedy to nadeszła upragniona regeneracja, ponosiło nas… Byle jak, byle gdzie…tylko nie na plaży czy w basenie… byle aktywnie, nie leniwnie… A że jesteśmy na terenach pustynnym i nie mamy zbyt dużego wyboru to po śniadaniu skierowaliśmy swoje kroki do najbliższego miasteczka Santa Maria, aby własnymi ścieżkami zobaczyć jak żyją tubylcy. Droga do miasta pełna pustynnego bezkresu, od czasu do czasu luksusowy resort hotelowy, drobna infrastruktura, kilka bloków komunalnych, nieopodal „domów z tektury”, sklepy głównie z pamiątkami wyraźnie naznaczonymi afrykańską kulturą…Bary zazwyczaj skromne przeniknięte klimatem muzyki i oceanu, gdzie priorytetem menu są owoce morza…a lokalna muzyka staje się tłem…

Bieda miesza się z wchodzącym dorobkiem jedynej rozwijającej się branży – turystycznej… Przechadzając się uliczkami miasta trudno nie dostrzec bezpańskich psów, pozbawionych opieki dzieci i Senegalczyków pracujących w roli akwizytorów handlowych zachęcających do odwiedzenia lokalnego „marketu” – to zwykle mały lokalny sklepik z pamiątkami….

Biorąc pod uwagę fakt, że gdziekolwiek nas „wiatr poniesie” ja jak na typową kobietę, przystało, nie jestem w stanie oprzeć się kupieniu lokalnej pamiątki, która to będzie zdobiła nasze mieszkanie, a już na pewno przywoływała odpowiedni „bukiet wspomnień”. W Santa Maria zaopatrzyłem się w obraz Lokalsów, który mocno nawiązuje do afrykańskiej kultury, zrobiony jest na płótnie z piasku i jeśli wierzyć lokalnemu sprzedawcy przedstawia pierwszą kobietę zamieszkałą w Santa Maria – Marię 🙂 Druga pamiątka to rzecz jasna muzyka – tym razem wybór padł na ostatnią płytę Lury 🙂

Targ rybny, niegdyś jeden z niewielu gałęzi tutejszego przemysłu, dziś już jest jedynie atrakcją turystyczną, z której utrzymują się nieliczni lokalni mieszkańcy. Jest to niewątpliwie miejsce barwne, budzące olbrzymie wątpliwości co do humanitarnego traktowania zwierząt… Przeważają tuńczyki w różnorodnym wydaniu, w całości lub filetowane na molo, przewożone w taczkach do lokalnych barów… Takiż tutejszy urok, bieda miesza się z chęcią przetrwania…

Koloryt nie zawsze wynika z przepychu, czasem bieda maluje równie kolorowe pejzaże… Tak jest w przypadku wyspy Sal i miasteczka Santa Maria…

Dzień V 27.12.2018

Dziś od rana plażowanie… regenerujemy siły przed jutrzejszą wycieczką po wyspie Sal… Życie tu toczy się niespiesznie…„No stress” – powtarzają na każdym kroku tutejsi mieszkańcy, hasło stało się już symbolem Wysp Zielonego Przylądka… Może być zachętą dla turysty, ale jest też efektem gospodarczego marazmu… Wiele osób nie chce się wyprowadzać z tutejszy slamsów bo musiałoby placić za media, po co… „rachunki to stres”….Marazm znajduje też odbicie w ubogiej sieci dróg. Na Sal jest tylko jedna główna droga, łącząca miasto Espargos, położone w centrum, z południowym resortem Santa Marii, reszta to prawdziwe off-road… który jutro przed nami, wszak zaplanowaliśmy wycieczkę po wyspie…

Dzień VI 28.12.18

Wycieczka po wyspie Sal rozpoczęła się o godz 9:00. Teren wulkaniczny, niewielki (30 km długości, 15 km szerokości) piaszczysty, niezagospodarowany, niemal zupełnie pozbawiony roślinności. Nazwa „Wyspy Zielonego Przylądka” mało koresponduje z wyspą Sal. Liczne piastczyste plaże otoczone wodami oceanu, silne wiatry i słońce przez 365 dni w roku (pada tylko jeden dzień, w obecnym 2018 roku jedynie przez godzinę). Nazwa archipelagu, po portugalsku brzmiąca Cabo Verde, pochodzi od Przylądka Zielonego – jednego z najdalej wysuniętych na zachód miejsc w kontynentalnej Afryce. Dzieli nas od niego ponad 450 kilometrów. Oficjalnym językiem wysp jest portugalski, jednakże większość Kabowerdeńczyków mówi po kreolsku. W kreolu śpiewa też Évora. Bardzo żałuje że nie udało nam się popłynąć na ojczystą wyspę pieśniarki São Vicente, ale komunikacja między wyspami jest tu mocno złożona i kosztowna. Lokalnym alkoholem jest grog, intensywny zapach i mocny smak, nie dla mnie…

Pick-up’em ruszyliśmy spod hotelu, zabierając po drodze cztery inne osoby. Zajmujemy miejsca wewnątrz samochodu, jak się później okaże ku naszemu szczęściu, bo Ci którzy usiedli na zewnątrz swoją radość „z wiatru we włosach”musieli dzielić z tłumami kurzu na bezdrożach krętych, piaszczystych i dziurawych dróg.

Pierwszym przystankiem była plaża na której to roiło się od kolorowych latawcy. Położenie wybrzeża i tamtejsze wiatry powodują iż jest to istny raj dla skitów i serferów.

Potem zatrzymaliśmy się w miejscu gdzie co roku odbywają się mistrzostwa w serfingu w falami 7-9 metrów, robi wrażenie…

Po drodze zatrzymujemy się w miejscowości Murdeira, skąd rozciąga się przepiękny widok na Monte Lao – Górę Lwa. Faktycznie wygląda ona jak leżący lew, zanurzony w wodach oceanu. Widać ją również z naszej hotelowej plaży, ale jest tu mnie majestatyczna i okazała…

W regionie Terra Boa, podziwialiśmy niezwykłe fatamorgany, jest tam też uroczy mały punkt z pamiątkami i degustacją tamtejszych likierów. Sklepik zajduje się w szopie, a na tyłach prawdziwy obraz „nędzy i rozpaczy”…. Takie są Wyspy Zielonego Przylądka: przepych tutejszych hoteli, miesza się z wschodzącą cywilizacją i skrajną biedą, domy wyglądające jak szałase bez prądu i bieżącej wody… Wokół „tekturowych posiadłości” wszechobecne wysypisko śmieci, a w powietrzu mało przyjemny zapach…Wszędzie sporo najprawdopodobniej bezpańskich psów, co dziwne wszystkie jednej maści: żółtobrązowe kundelki, sympatyczne, przyjazne, ufne…

Zajrzeliśmy również do skalnej szczeliny w Buracona (dosłownie: dziura). Uwięziona tam woda oceanu mieni się przy słonecznej pogodzie niebieskim kolorem, tworząc, jak mówią mieszkańcy, olho de Deus, czyli „oko Boga”. Niestety, aby zobaczyć ten cud natury potrzebna jest nieskazitelna pogoda i ostre słońce, którego nam dzisiaj zabrakło… i musieliśmy się zadowolić jedynie podziwianiem skalistego wybrzeża, które stanowi dobry plener dla nietypowych zdjęć – miejscowy tryskał w tej kwestii pomysłami i chętnie pełnił rolę fotografa…

Mogliśmy też zażyć kąpieli w leczniczych salinach Pedra de Lume, położonych we wnętrzu krateru (to właśnie złożom soli wyspa zawdzięcza swoją nazwę). Wydobycie soli zakończono tu w latach osiemdziesiątych i obecnie owe miejsce stanowi jedynie atrakcję turystyczną. Można tu położyć się na wodzie zupełnie tak jak w Morzu Martwym, gdyż zasolenie powoduje, że utrzymujemy się na powierzchni.

Palmeira niegdyś główny port morski, ośrodek rybołówstwa. Olbrzymim atutem jest łatwy dostępna z Espargos dzięki asfaltowej drodze. Miasteczko kolorowe, barwne, aczkolwiek jak przystało na wyspę leniwe… Będąc w porcie i przyglądając się tamtejszym rybakom trudno oprzeć się wrażeniu, że powrzechne tu powiedzenie „no stres” nie jest tylko pustym frazesem, a częścią mentalności tutejszych mieszkańców. Kapuściński w swoich reportażach o Afryce, pisał o tym, że podejście do życia obywateli czarnego lądu nie koniecznie wynika z lenistwa, często jest to potrzeba fizjologiczno-psychiczna wynikająca z faktu niedożywienia, braku wody i potrzeby gromadzenia energii, która stanowi o ich „być lub niebyć”, w europejskim tłumaczeniu „kalkulacja”. Chyba coś w tym jest…

Dzieciaki jak wszędzie radosne, kolorowe, spontaniczne, aktywne… Ulubionym zajęciem chłopców jest piłka nożna, ćwiczą wszędzie, do późnych godzin wieczornych. Piłka nożna to tutejszy sport narodowy. W końcu stąd pochodzi Nani. O tym, że bliska jest im ta dziedzina sportu świadczy również fakt, że na Sal są zaledwie 3 większe miasta, a przy tym aż ponad 11 klubów piłkarskich! Miejscowi po odpowiedzi na pytanie „skąd jesteście” „z Polski” pierwsze słowo jakie zwykle wypowiadają to „Lewandowski”…

L

To co tworzy klimat tutejszych miejscowości to niewątpliwi kolorowe elewacje, czasem ozdobione muralami, ma to miejsce w przypadku szkół, sklepów czy restauracji. Afrykańczycy kochają kolory, bardzo widoczne jest to w ubraniach i lokalnej sztuce… Może to szarość życia budzi chęć kolorytu, trochę odwrotnie niż w kolorowej i konsumpcyjnej Europie, gdzie szuka się klasyki i zaczyna panować moda na minimalizm…

Shark Bay miejsce, gdzie żyją rekiny żarłacze żółte, dorosłe osobniki osiągają 3,5 metra długości. Nie są groźne dla ludzi, w historii odnotowano tylko kilka ataków ale żaden nie był śmiertelny. Na miejscu trzeba wypożyczyć buty za 2 EUR lub mieć swoje, jako że zejście do wody odbywa się po bardzo ostrym, nieregularnym i skalnym podłożu, gdzie łatwo się skaleczyć. Do wody wchodzimy całą ekipą w towarzystwie lokalnego opiekuna. Szybko zauważamy dorosłe osobniki. Jest ich kilka i widać jedynie charakterystyczny trójkąt płetwy grzbietowej, bliżej nie pozwalają nam podejść… ale i tak jest to miejsce warte zobaczenia, a samej obserwacji towarzyszy nutka dreszczyku, wszak to w końcu rekiny…

Ostatni punkt wycieczki to bonus od lokalnego kierowcy-przewodnika, punkt widokowy na panoramę Espargos – głównej miejscowość i serca wyspy Sal, tam też znajduje się międzynarodowe lotnisko. Nazwa pochodzi od szparagu, którego żółte kwiaty porastają tutejsze piaszczyste okolice i stanowią jedną z nielicznych roślinności na wyspie. Miasto położone jest w centrum wyspy, dlatego miłośnicy pięknych plaż i sportów wodnych, powinni udać się raczej do położonego na południu Santa Maria. Samo Espargos niewiele odbiega cywilizacyjne i mentalnie od Santa Maria. Podobny koloryt życia: bieda miesza się z wschodzącą „cywilizacją”, pani na ulicy pierze pranie za pomocą tary, obok lokal gastronomiczny, który wystrojem, menu i obsługą w niczym nie obiega europiejskim standardardom. Tak jak w pozostałych miejscach na wyspie, nieodłącznym pejzażem sa tu psy, ufne i przyjaznie nastawione do ludzi…

Dzień VI i VII 29-30.12.18

Kolejne dwa dni to czas wypoczynku, radości obcowania z oceanem, zabawy z falami, wygrzewanie się czasem w ostrym, a czasem leniwym słońcu, czerpania przyjemności z ciepłego powiewu wiatru, bycia „tu i teraz” bez pośpiechu, planów, trosk codzienności… Książka, czas dla siebie, brak presji wyboru, zero odpowiedzialnych decyzji, totalny brak obowiązków….Taki „no stres” jak powiadają tutejsi mieszkańcy… „no stres”…

Dzień VIII i IX 31.12.2918 – 01.01.2019

Ostatni dzień starego roku spędzamy dość aktywie, po dwóch dniach leniuchowania dostajemy nowej energii i postanawiamy po raz kolejny wybrać się do Santa Maria, tym razem celem są zakupy i dalsze podglądanie tutejszego codziennego życia… Po drodze dużo rozmawiamy o wyjeździe, o wyspach… Tuż przed miastem zaczepia nas miejscowy, uderza z „ wysokiego C”, że pracuje u nas w hotelu, że nas kojarzy itd. Oczywiście po takim wstępie szybko nawiązuje się dalsza rozmowa, zadaje pytania, poznaje, obdarowuje bransoletkami z koralików, opowiada o sobie i nakłania do odwiedzenia sklepu w którym pracuje jego mama. Niby tak niezobowiązująco… Oczywiście od połowy drogi zapala nam się lampka „że przyjdzie nam zapłacić za prezent i miłą rozmowę” I tak dochodzimy do sklepu, w którym wybór jest niewielki, nic mi się nie podoba, ceny które podaje są „z orbity” a próby wyjścia z lokalu kończą się fiaskiem. Pan trzyma mnie za rękę i bierze na litość… Mąż chcąc zakończyć temat, stawia warunki co do ceny za figurkę, miejscowy widząc że nie na wyjścia zgada się na cenę, kilkakrotnie niższą od pierwotnie podanej, w konsekwencji wychodzimy ze sklepu z małą rzeźba i lekkim niesmakiem… Bo jednak chciałoby się wierzyć, że świat jest dobry i bezinteresownych… Rozumiem, że jest im tu trudno i z tego żyją, ale chyba nie trzeba manipulować, aby przeżyć… Bynajmniej mam taką nadzieje… Po trudnej transakcji przemierzamy uliczki Santa Maria, odwiedzamy kilka sklepów, kupujemy kilka drobiazgów typu magnez „no stres” na swoją lodówkę, aby przypominał nam miłe i beztroskie chwile w szybkiej i stresującej codzienności… Odwiedzamy też targ rybny, bo nieco intryguje nas to miejsce… inne niż wszystkie…

Popołudniu „ładujemy baterię” na wieczór sylwestrowy. Trochę wypoczynku, trochę relaksu, trochę książki, tu drink, tu kawka i robi się późny i nieco chłodny zmierzch…

Wieczorem uroczysta kolacja, w naszym przypadku dość późno bo o 21:30 nie załapaliśmy się na wcześniejszą godzinę, bo w pierwszej koleności głównie rodziny z dziećmi… Toteż po odzianiu „sylwestrowych szat” postanowiliśmy iść na koncert i już zacząć celebrować ostatni dzień roku… Wprawdzie nigdy nie byłam miłośniczką sylwestrowego wieczoru i nie bardzo rozumiem skąd ta radość? Że jesteśmy rok starsi, że niby to nowe to „czysta karta”, kasuje zeszłoroczne błędy i daje nadzieję… Nic z tego…Dzień jak codzień, nic się nie zmieni, jak nie zaczniemy od siebie i będziemy czekać na cud…

Muzyka gra, my cieszymy się chwilą, słuchamy, rozmawiamy, i oczekujemy na kolację… oraz znajomych, wszak stolik zarezerwowany. Po kolacji (pierwsza tura) dołączają znajomi, zadowoleni, uśmiechnięci, najedzeni… Teraz nasza kolej… Kolacja mega wykwintna, pełna przepychu, co okazuje się zgubne… Przejadamy się, a pora późna jak na kolację… Niby niedużo na talerzu, ale jednak…

Potem muzyka, uroczysty występ artystyczny i zabawa taneczna dla wszystkich. Zaliczamy parkiet, ale na krótko. Samopoczucie po kolacji nienajlepsze, a i cały ten tłok, szum, dźwięki przeróżne i Sylwestrowy szał wywołują we mnie dodatkowe zmęczenie. Nie mam nic do organizatorów, bo impreza jest przygotowana perfekcyjnie, poprostu to nie mój klimat… Oczywiście trwamy w pełni sił do godziny 24:00 aby godnie przywitać Nowy Rok, złożyć sobie życzenia, wznieść toas za nadchodzące dni… po czym ewakuujemy się do pokoju. Kilka herbatek rumiankowych na przeciążony żołądek i sen…

Dzień X 01.01.2019

Pierwszy Dzień Nowego Roku… powoli dopada nas nostalgia… pobyt na wyspach dobiega końca, za rogiem czai się codzienność, powoli do głowy trafiają dziesiątki otwartych tematów do dokończenia, decyzji do podjęcia i pracy do wykonania… Reasumując, życie przez duże „Ż”… Dzisiejszy dzień postanowiliśmy przeznaczyć na wypoczynek, bez stresu, bez pośpiechu… Do południa na basenie, po południu nad oceanem…

Czas na podsumowanie:

HOTEL RUI *****czy jestem zadowolona ? Tak, nie należę do szczególne wymagających klientów i w moimi mniemaniu spełnił oczekiwania, aczkolwiek muszę się zgodzić z moim mężem, że byliśmy w hotelu RIU czterogwiazdkowym, który miał wyższe standardy, niż ten pięciogwiazdkowy. Wniosek, jadący do RUI należy wybierać RIU PALACE, kierować się rodzajem hotelu, a nie kierować się ilością gwiazdek.

KIERUNEK Wyspy Zielonego Przylądka – wyspa Sal, czy polecam ? Zdecydowanie tak. Turystyka jest tu cały czas na początkowym etapie rozwoju, stąd niższe ceny w porównaniu do innych descynacji z gwarancją słońca przez cały rok. Na wyspie Sal deszcz pada tylko jeden dzień w roku, 365 dni świeci słońce. Położenie wyspy sprawia, że jest to prawdziwy raj dla miłośników sportów wodnych oraz miłośników piaszczystych plaż i opalania, a i osoby które lubią zwiedzać, też znajdą coś dla siebie…

KUCHNIA, w RIU nie zawodzi formuła restauracji tematycznych: ulubiona restauracja męża Kulinarium, moja Aziatycka, jedzonko pyszne, świetnie doprawione, niektóre potrawy lepsze niż samej Azji. Ogólne na wyspach jada się przede wszystkim ryby i trzeba przyznać, że ich smak jest tu wyjątkowy, zawsze świeże, dobrze zrobione. Dużo jest również owoców morza, szczególnie krewetek podawanych w przeróżnej formie. Wszystkie pozostałe produkty przypływają na Sal statkami, teren jest pustynny i niestety nie ma tu żadnej rodzimej produkcji.

ZAKUPY, na wyspach wszędzie można płacić gotówką w EURO, lub kartą jeśli jest taka możliwość, bo sporo małych sklepów nie posiada terminala. Bankomat wypłaca lokalną walutę, ale trzeba pamiętać, że jest to waluta zamknięta i jeśli nie wydamy jej do końca to już nie wymienimy na inną. Jest bardzo dużo sklepów z pamiątkami i ubraniami, mocno oznaczonych afrykańską kulturą, różnorodnych i wielobarwnych, każdy znajdzie tu coś dla siebie…

To co pozostanie w moich wspomnieniach to niewątpliwie muzyka i ludzie, ich poczucie rytmu i podejście do życia „no stres”. Żałuje, że nie zobaczyliśmy pozostałych wysp, niektóre z nich są ponoć bardzo zielone, na co wskazuje sama nazwa republiki: Wyspy Zielonego Przylądka, ale komunikacja między nimi jest mocno utrudniona i czasochłonna. Chcąc je zobaczyć trzeba nastawić się przede wszystkim na zwiedzanie, nie wypoczynek. No ale wszystko jeszcze przed nami, mam nadzieje że będzie nam dane wrócić i odkryć uroki pozostałych wysp…